Po co współczesnemu mężczyźnie zegarek mechaniczny, skoro godzinę może sprawdzić na telefonie? Dlaczego jesteśmy gotowi wydawać tysiące złotych na urządzenie, które odmierza czas mniej dokładnie niż tania elektronika? I co sprawia, że niewielki przedmiot na nadgarstku potrafi stać się symbolem męskości, sukcesu i osobistej historii?
Dla mnie zegarek zawsze był czymś więcej niż urządzeniem do sprawdzania godziny. Kojarzy mi się z męską energią, rzetelnością, klasą, statusem i pewnym szczególnym osadzeniem w czasie. Jest przedmiotem, który potrafi towarzyszyć nam przez dziesięciolecia. Zmieniają się samochody, telefony, ubrania i miejsca, w których mieszkamy, a dobry zegarek nadal pozostaje z nami.
Co ciekawe, swoją przygodę z zegarkami rozpocząłem na długo przed tym, zanim zainteresowałem się męską elegancją.
Kiedy zegarek był po prostu potrzebny
Pierwsze zegarki miałem już w szkole podstawowej. Wtedy nie myślałem o prestiżu marek, jakości mechanizmów ani kolekcjonowaniu. Zegarek miał dla mnie bardzo praktyczne znaczenie. Pozwalał wiedzieć, która jest godzina. Brzmi banalnie? Dzisiaj pewnie tak.
Ale pamiętam czasy, kiedy nie nosiliśmy telefonów komórkowych, a dostęp do aktualnej godziny wcale nie był tak oczywisty jak obecnie. Jeżeli chciałeś kontrolować czas, potrzebowałeś zegarka.
Później przyszły telefony komórkowe, a wraz z nimi coraz więcej urządzeń, które zaczęły przejmować jego funkcje. Sprawdzanie godziny przestało być wystarczającym powodem, żeby nosić coś na nadgarstku.
A jednak moje zainteresowanie zegarkami po latach wróciło. Tyle że już z zupełnie innych powodów. Z perspektywy czasu zastanawiam się, skąd właściwie wzięła się ta fascynacja. W moim otoczeniu nie miałem pasjonatów zegarmistrzostwa, którzy mogliby zarazić mnie swoją pasją.
Pamiętam jednak, że mój ojciec przez całe życie nosił mechaniczny zegarek – radziecką Rakietę. Nie był dla mnie wzorem męskiego stylu. Ale zegarek był nieodłącznym elementem jego codzienności. Być może właśnie dlatego ten niewielki przedmiot tak mocno kojarzy mi się z męskością.
Pierwszy poważny zegarek kupiłem sobie na 35. urodziny
Na swój pierwszy naprawdę dobry zegarek zdecydowałem się stosunkowo późno. Miałem 35 lat. Nie był to jednak spontaniczny zakup dokonany podczas przypadkowej wizyty w galerii handlowej. Poświęciłem sporo czasu na zdobycie wiedzy. Czytałem o mechanizmach, poznawałem marki i zastanawiałem się, czego właściwie oczekuję.
Wiedziałem, że chcę zegarek szwajcarski, mechaniczny i wyposażony w chronograf. Miałem określony budżet i własne preferencje estetyczne. Ostatecznie zdecydowałem się na Certinę DS-1 Automatic Chronograph. Wiem, że to nie robi szału w świecie zegarkowców, jednak to był najwyższy model Certiny i bardzo mi się podobał.

To był dla mnie wyjątkowy zakup. Nie dlatego, że nagle stałem się właścicielem luksusowego w moim rozumieniu w tamtym czasie przedmiotu. Kupiłem ten zegarek jako prezent dla samego siebie. Nagrodę za pracę. Za wysiłek. Za dojście do momentu, w którym mogłem pozwolić sobie na coś, co wcześniej było jedynie przyjemną zachcianką.
Pamiętam satysfakcję wynikającą z prostego przekonania: zapracowałem na to i mogę sobie to kupić. Do dzisiaj uważam, że dobry zegarek jest znakomitym prezentem, który mężczyzna może sprawić sobie na urodziny. Zwłaszcza te okrągłe, symbolizujące kolejny etap życia.
Bo zegarek przypomina nie tylko o upływającym czasie. Może również przypominać o tym, co udało nam się w tym czasie osiągnąć. Moja stara Certina robi to od lat. I wiecie, co jest najciekawsze? Nadal cieszy mnie za każdym razem, kiedy biorę ją do ręki.
Mechaniczna dusza. Dlaczego nie interesują mnie zegarki kwarcowe?
Mam dość radykalne podejście do tej kwestii. Dla mnie zegarek kwarcowy na nadgarstku mężczyzny jest trochę jak poliestrowy garnitur. Nieporozumieniem.
Wiem, że to mocne stwierdzenie. I doskonale zdaję sobie sprawę, że wielu miłośników zegarków się ze mną nie zgodzi. Ale pozwólcie, że wyjaśnię.
Podstawową magią dobrego zegarka jest dla mnie jego mechanizm. Niewielkie, samonapędzające się dzięki ruchowi ręki nadgarstka, arcydzieło mikroinżynierii. Sprężyny, przekładnie, koła zębate, balans i wychwyt. Dziesiątki lub setki elementów zaprojektowanych w taki sposób, żeby wspólnie odmierzać czas.
Bez baterii. Bez procesora. Czysta mechanika. I właśnie w tym tkwi dla mnie piękno zegarka. Jego dusza i serce, którego pracę możesz oglądać przez szklany dekiel od spodu. A kiedy przyłożysz do ucha – to również posłuchać.
Ktoś może powiedzieć, że zegarek kwarcowy jest dokładniejszy, tańszy i wygodniejszy w użytkowaniu. Oczywiście. Tylko że mnie ten argument zupełnie nie przekonuje.
Bo nie kupuję dzisiaj mechanicznego zegarka po to, żeby jak najdokładniej sprawdzać godzinę.
Od tego mam telefon.
Współczesny zegarek jest dla mnie przede wszystkim biżuterią. Pięknym przedmiotem, który ma sprawiać przyjemność, uzupełniać garderobę i opowiadać coś o właścicielu. To trochę tak, jakby zamiast złotego naszyjnika zaproponować kobiecie elektroniczny wisiorek na baterię, który świeci na złoto.
Być może będzie równie efektowny. Ale przecież nie o to chodzi.
Rozumiem, że istnieją znakomite zegarki kwarcowe. Nie zamierzam nikogo przekonywać, że technologia mechaniczna jest lepsza od elektronicznej. Ja po prostu szukam w zegarku czegoś innego. Chcę mieć na ręku małe dzieło sztuki zegarmistrzowskiej. I za tę przyjemność jestem gotów zapłacić. I to znacznie więcej niż za „kwarca”.
Smartwatch to dla mnie przedłużenie telefonu
Co ciekawe, moje zamiłowanie do mechaniki nigdy nie przeszkadzało mi w korzystaniu z nowoczesnych technologii. Przez ostatnie lata miałem trzy smartwatche, I nadal zdarza mi się najczęściej korzystać właśnie ze smartwatcha. Tyle że w moim rozumieniu to nie jest tradycyjny zegarek. To raczej urządzenie, które pozwala mi rzadziej sięgać po telefon. Powiadomienia, komunikaty i inne funkcje związane z codziennym użytkowaniem elektroniki. Tego właśnie potrzebowałem.
Dzisiaj jednak moje potrzeby się zmieniają. Nie korzystam już z telefonu tak intensywnie jak kiedyś i coraz bardziej mam ochotę wrócić do klasycznych zegarków. Nie muszę wybierać między technologią a tradycją. Jedno i drugie może mieć swoje miejsce. Ale kiedy zakładam zegarek mechaniczny, oczekuję od niego zupełnie innych emocji.
Jeden dobry zegarek czy cała kolekcja?
Lubię dobre przedmioty, ale nie mam potrzeby posiadania wszystkiego. W przypadku zegarków postawiłem sobie dość prosty cel. Chciałbym docelowo posiadać cztery modele. Po prostu. Nie dwa i nie dwadzieścia. Nie pięćdziesiąt. Cztery, ale dobrze dobrane zegarki, które będą różnić się charakterem, pasować do różnych ubrań i okoliczności, a co ważne – sprawiać mi przyjemność.
Nie potrzebuję skomplikowanego uzasadnienia tego planu. Lubię zegarki i chcę mieć możliwość wyboru. To trochę tak jak z dobrą garderobą. Możesz mieć jedną świetną marynarkę, ale jeśli naprawdę lubisz eleganckie ubrania, prędzej czy później zapragniesz również innych fasonów, kolorów i materiałów. Zegarki traktuję podobnie. Każdy powinien mieć swoje miejsce.
Mój plan na cztery zegarki
Pierwszym jest oczywiście Certina DS-1 Automatic Chronograph. Ma jasną tarczę, mechaniczny chronograf i ogromną wartość sentymentalną. Jest jednak dość gruba. Na tyle, że kiedy zakładam koszulę, potrafi podwijać jej mankiet. Dlatego zacząłem rozglądać się za czymś smuklejszym.
Za zegarkiem, który dobrze mieści się pod mankietem, ma prostszy wygląd i będzie pasował do mojego codziennego stylu. A mój styl to elegancki sport.
Lubię marynarki, koszule i dobrze dobrane dodatki, ale prowadzę aktywne życie. Nie potrzebuję zegarka, który sprawdzi się wyłącznie przy wyjątkowo formalnych okazjach.
Właśnie dlatego na pierwszym miejscu mojej listy zakupowej znalazł się Longines Conquest. Podoba mi się połączenie tradycji, jakości i sportowej elegancji. Szukam zegarka z ciemną tarczą, na bransolecie, który będzie stanowił wizualne przeciwieństwo jasnej Certiny. To ma być mój codzienny klasyk.

Drugim na liście jest Christopher Ward C60 Pro 300 Bronze. Tutaj przyciąga mnie przede wszystkim estetyka. Podoba mi się kolorystyka brązu, która świetnie komponuje się z jesienną i zimową garderobą. Beże, brązy, ciepłe odcienie swetrów, skórzane dodatki. Chciałbym mieć zegarek, który właśnie w takich zestawieniach będzie wyglądał szczególnie dobrze.

Ostatnim elementem planowanej kolekcji może zostać jakiś Tissot Powermatic 80. To propozycja bardziej klasyczna i stonowana. Taki zegarek mógłby sprawdzić się głównie przy garniturze. Jednak nie chcę inwestować dużych pieniędzy w typowego garniturowca.

Choć w tym miejscu widzę również przestrzeń dla nieoczywistych wyborów. Może nawet takich, które nie do końca wpisują się w moje gusta. Ale mają w sobie wartość i przesłanie. I takim wyborem może być polska marka Błonie, z modelem Jantar Burza Automatic.

Jednak garnitury noszę zbyt rzadko, żeby specjalnie pod nie budować kolekcję. Zresztą jeden taki zegarek już miałem i nie nosiłem Mój obecny plan jest więc prosty: Longines, następnie Christopher Ward, a później być może Tissot albo Błonie. A może zostanę przy trzech? Oczywiście wszystko może się jeszcze zmienić. Na ten rok planuję pierwszy zakup. A może Black Friday przyniesie jakąś ciekawą okazję?
Zobaczymy.
Rolex? Wolę produkt od opowieści o prestiżu
Nie jestem przeciwnikiem luksusu. Wręcz przeciwnie. Lubię dobre rzeczy, cenię jakość i potrafię docenić piękne przedmioty. Ale nie lubię głupio wydawać pieniędzy. Dla mnie relacja ceny do jakości ma ogromne znaczenie. Mniej interesuje mnie nazwa marki, a bardziej to, co faktycznie otrzymuję. Dlatego nie czuję potrzeby posiadania np. Rolexa
Doceniam ich historię i pozycję w świecie zegarmistrzostwa. Nie twierdzę, że Rolex produkuje zegarki kiepskiej jakości. Uważam jednak, że w jego cenie płaci się również bardzo dużo za prestiż, rozpoznawalność i całą opowieść zbudowaną wokół marki – dużo za dużo. A ja tej opowieści nie potrzebuję. Swoją wartość buduję w innych miejscach. Nie znaczy to, że krytykuję właścicieli Rolexa. Wręcz przeciwnie.
Wyobrażam sobie człowieka zarabiającego kilka milionów złotych rocznie, jeżdżącego Bentleyem i noszącego Rolexa. Dla niego taki zegarek może być po prostu naturalnym wyborem. Przedmiotem, na który bez trudu może sobie pozwolić i świetnie z nim rezonować.
Ale zupełnie inaczej patrzę na kogoś, kto kupuje kosztowny zegarek wyłącznie po to, żeby pokazać się przed otoczeniem. Szczególnie jeżeli robi to kosztem ważniejszych potrzeb albo zaciąga kredyt na ten cel. Nie podoba mi się taka demonstracja statusu.
Uważam, że luksus powinien być spójny z rzeczywistym poziomem naszego życia, a nie stanowić próbę jego udawania. Dlatego jeśli właściciel Rolexa nie ubiera się przynajmniej na poziomie cenowym Monclera, jest dla mnie niespójny. I wtedy wiem, że to „pokazówka”. Kosztem czegoś innego.
Dlatego ja osobiście wybieram np. Longinesa czy Warda. Otrzymuję historię, szwajcarską tradycję zegarmistrzowską, wysoką jakość, której oczekuję, i cenę, którą uważam za rozsądną. Poza tym wolę kupić dwa lub trzy piękne zegarki i bawić się ich zestawianiem z garderobą niż przeznaczyć cały budżet na jeden prestiżowy model.
Kiedyś usłyszałem ciekawą zasadę: kupuj zegarek odpowiadający mniej więcej Twoim miesięcznym zarobkom. Spodobała mi się. Nie traktuję jej jako obowiązkowej recepty dla wszystkich. Każdy ma przecież inną sytuację finansową i inne zobowiązania. Ale dla mnie jest to jeden ze sposobów zachowania proporcji.
Zegarek ma dawać przyjemność, a nie finansowe zmartwienia.
Jak kupić pierwszy porządny zegarek?
Gdyby przyszedł do mnie przyjaciel i powiedział, że chciałby kupić swój pierwszy dobry zegarek, nie zacząłbym od polecania konkretnych marek. Najpierw zapytałbym, jakie ma wyobrażenie o jego cenie. Nie ile zamierza wydać. Tylko ile jego zdaniem powinien kosztować porządny zegarek.
To ważna różnica.
Następnie zachęciłbym go, żeby obejrzał również modele kosztujące nawet dwa razy więcej. Nie dlatego, że powinien wydać dwukrotnie większą kwotę. Dlatego, że warto mieć punkt odniesienia. Jeżeli nie porównasz zegarków z różnych przedziałów cenowych, nie dowiesz się, za co właściwie płacisz.
Może się okazać, że droższy model oferuje znacznie lepsze wykonanie, ciekawszy mechanizm i większą przyjemność użytkowania. A może odkryjesz, że tańszy zegarek w zupełności spełnia Twoje oczekiwania.
Dopiero mając tę wiedzę, możesz rozsądnie zdecydować, ile chcesz wydać. Następnie porozmawiałbym o stylu życia. Bo najgłupszym zakupem jest piękny zegarek, którego później nie nosisz, ponieważ nie pasuje do Twojej codzienności.
Jeżeli ktoś prowadzi zwyczajne, zróżnicowane życie, pracuje, podróżuje, uprawia trochę sportu, spędza wolne weekendy aktywnie i od czasu do czasu wychodzi do restauracji, polecałbym mu przede wszystkim sportową elegancję.
Dobry zegarek mechaniczny na bransolecie. Taki, który będzie świetnie wyglądał zarówno z koszulą i marynarką, jak i z prostym, codziennym zestawem. To moim zdaniem najlepszy punkt wyjścia.
A później? Niech kolekcja rozwija się razem z właścicielem.
Zegarek jako męska biżuteria, ale również część osobistej historii
Zegarki mają jeszcze jedną ciekawą właściwość. Potrafią łączyć ludzi. Nawet moja skromna Certina wielokrotnie stawała się początkiem interesujących rozmów z mężczyznami, którzy również lubią zegarki. Ktoś zwraca uwagę na model, pyta o mechanizm, historię zakupu albo markę.
I nagle mamy wspólny temat. To jedna z tych przyjemności, których nie da się zmierzyć parametrami technicznymi. Zegarek może mieć też pewną wartość materialną w wyjątkowo trudnych sytuacjach.
Nie traktuję zegarków jako inwestycji. Wiem, że wiele modeli traci na wartości. Ale czasami wyobrażam sobie skrajny scenariusz: godzina W, nie ma czasu na pakowanie, trzeba natychmiast opuścić dom. Kilka złotych monet w kieszeni i wartościowy zegarek na nadgarstku.
Oczywiście nie jest to żaden gwarantowany sposób przetrwania kryzysu. Możliwość sprzedaży takiego przedmiotu zależy od sytuacji. To raczej marginalna myśl, która nie wpływa na moje decyzje zakupowe.
Ale pokazuje, że piękny przedmiot może posiadać również pewną praktyczną wartość niezależną od naszej przyjemności.
Co kiedyś powiedzą o Tobie Twoje zegarki?
Jest jeszcze coś, o czym warto pamiętać. Dobry zegarek mechaniczny, odpowiednio użytkowany i serwisowany, może służyć przez wiele dziesięcioleci. Niewykluczone, że przeżyje swojego właściciela. A jeśli tak się stanie, trafi kiedyś w ręce dzieci albo wnuków. I wtedy stanie się czymś więcej niż przedmiotem użytkowym.
Będzie pamiątką.
Świadectwem gustu, wyborów i stylu życia człowieka, który nosił go przed laty. Wyobrażam sobie wnuka, który bierze do ręki stary zegarek i mówi: „O, dziadek to miał klasę. Ten zegarek do dzisiaj jest piękny i sporo wart”.
Oczywiście nie każdy odziedziczony zegarek musi mieć dużą wartość rynkową. Ale może mieć wartość znacznie bardziej osobistą. I właśnie dlatego warto świadomie wybierać przedmioty, którymi się otaczamy. Bo za kilkadziesiąt lat nie będzie już miało wielkiego znaczenia, ile kosztował nas kolejny telefon, który dawno przestał działać. Tymczasem piękny mechaniczny zegarek nadal może pracować, cieszyć oko i przypominać o swoim właścicielu.
A to, co będzie o nim mówił, w dużej mierze zależy od nas samych.
