Jeden z najbardziej wpływowych projektantów współczesnej mody miał dostęp do wszystkiego. Najlepszych materiałów, najbardziej niezwykłych fasonów, wszystkich kolorów świata i nieograniczonych możliwości eksperymentowania. A jednak sam najczęściej wybierał prosty, ciemny garnitur i białą koszulę. Przypadek? Nie sądzę. Tom Ford doskonale rozumiał różnicę między tworzeniem mody a posiadaniem stylu. I właśnie dlatego warto się od niego uczyć.
Człowiek, który tworzył modę, ale nie musiał za nią podążać
Tom Ford jest dla mnie jedną z najbardziej interesujących postaci współczesnego świata mody. Nie tylko ze względu na jego osiągnięcia zawodowe. Przede wszystkim ze względu na pewien paradoks.
To człowiek, który przez lata współtworzył i wyznaczał trendy w luksusowej modzie. W 1994 roku został dyrektorem kreatywnym Gucci, a później odpowiadał również za twórczą stronę Yves Saint Laurent. Jego projekty pomagały definiować estetykę całej epoki.
Projektował ubrania odważne, zmysłowe, niekiedy prowokacyjne. Eksperymentował z kolorami, fakturami, proporcjami i fasonami. Tworzył modę jako formę sztuki, spektaklu i biznesu.
A jak sam się ubierał? Czarny garnitur. Biała koszula. Klasyczne buty. Dobrze dobrane dodatki.
Oczywiście nie zawsze i nie wyłącznie. Ford miewał również bardziej swobodne zestawy. Jednak jego najbardziej rozpoznawalny wizerunek przez lata opierał się na niezwykłej konsekwencji i stosunkowo prostej palecie ubrań. I właśnie to mnie w nim fascynuje.
Człowiek, który mógł nosić dosłownie wszystko, świadomie wybierał tak niewiele.
Nie dlatego, że brakowało mu pomysłów. Wręcz przeciwnie. Być może właśnie dlatego, że miał ich wystarczająco dużo, aby rozumieć, że nie każdy pomysł z wybiegu powinien trafiać do codziennej garderoby.

Tom Ford projektował modę. Dla siebie wybrał styl.
W 2009 roku, podczas rozmowy z brytyjskim „Vogue”, Ford wyjaśniał, dlaczego tak często nosi połączenie czarnego garnituru i białej koszuli. Nie robił tego po to, aby na siłę stworzyć swój rozpoznawalny znak firmowy. Po prostu najlepiej czuł się właśnie w takich ubraniach.
Mówił też o tym, że kiedy człowiek odkryje już swój sposób ubierania się, nie musi nieustannie eksperymentować. I to jest dla mnie niezwykle istotna myśl. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy internet próbuje przekonywać mężczyzn, że dobry styl wymaga ciągłego odkrywania kolejnych trendów.
Nowych fasonów.
Nowych kolorów.
Nowych połączeń.
Coraz bardziej oryginalnych stylizacji.
Tymczasem jeden z najbardziej uznanych ludzi tej branży od lat pokazuje, że można wyglądać znakomicie, nie wymyślając siebie każdego ranka od nowa.
Nie oznacza to, że Ford nie cenił kreatywności. Jego zawodowa twórczość dowodzi czegoś zupełnie przeciwnego. Ale potrafił oddzielić dwie rzeczy.
Moda jest tym, co można stworzyć. Styl jest tym, co świadomie wybierasz dla siebie.
To rozróżnienie jest mi szczególnie bliskie.
Dandys czy papuga? Co poszło nie tak z internetową modą męską?

Obserwuję w mediach społecznościowych ludzi zajmujących się modą męską. Stylistów, influencerów, samozwańczych ekspertów, współczesnych dandysów. I coraz częściej mam wrażenie, że niektórzy pomylili dwie zupełnie różne rzeczy. Bycie oryginalnym z dobrym wyglądaniem.
Ceglasta marynarka w kratkę. Sweter w romby. Koszula w kwiaty. Zielone spodnie (koniecznie z wysokim stanem i regulatorami). Jaskrawe mokasyny. Do tego kilka dodatków, bo przecież zawsze można dorzucić coś jeszcze. Cylinderek, szaliczek, poszetka. Oglądam takie stylizacje i zastanawiam się, co właściwie mam w nich podziwiać.
Odwagę? Kreatywność? Znajomość trendów? Być może.
Ale czy to naprawdę dobrze wygląda? Moim zdaniem często nie.
Wygląda raczej jak przebranie.
Nie mam nic przeciwko ludziom, którzy lubią ekstrawagancję. Każdy ma prawo ubierać się tak, jak chce. Nie twierdzę też, że połączenie kilku kolorów lub wzorów musi automatycznie wyglądać źle. Problem zaczyna się wtedy, kiedy takie zestawy przedstawiane są jako wzór męskiego stylu.
Bo istnieje zasadnicza różnica między stylizacją przygotowaną po to, żeby przyciągnąć uwagę w internecie, a ubraniem, w którym mężczyzna chce wyjść do pracy, restauracji, na randkę czy spotkanie ze znajomymi. Można doceniać artystyczny eksperyment, a jednocześnie nie chcieć go naśladować.
Nie wszystko, co jest modne, jest stylowe. I nie wszystko, co przyciąga uwagę, zasługuje na podziw.
Moda pozwala eksperymentować. Ale eksperyment nie musi kończyć się sukcesem. Kiedy facet wygląda jak turecki dywan Mam dość prostą zasadę.
Jeżeli mężczyzna zakłada na siebie jednocześnie dużo kolorów, wzorów i kontrastujących dodatków, łatwo dojść do momentu, w którym zamiast człowieka widzimy przede wszystkim jego ubrania. A przecież nie o to chodzi. Nie chciałbym, żeby ludzie zapamiętywali mnie jako faceta w zielonych spodniach, kwiecistej koszuli i żółtych mokasynach. Wolałbym, żeby zapamiętali mnie jako dobrze ubranego mężczyznę. To znacząca różnica.
Męska stylizacja nie musi przypominać tureckiego dywanu, żeby wyglądała interesująco. Co więcej, jestem przekonany, że dla większości mężczyzn szukających klasycznej elegancji prostota będzie znacznie bezpieczniejszym i atrakcyjniejszym kierunkiem niż modowy „papugizm”.
I tutaj wracamy do Toma Forda. Można tworzyć najbardziej spektakularne projekty na świecie.A samemu wybierać czarny garnitur i białą koszulę.
Minimalizm nie oznacza nudy. Oznacza kontrolę.
W swoich stylizacjach najczęściej wykorzystuję dwa, maksymalnie trzy kolory. Lubię wyraźne, ale przemyślane kontrasty. Czerń z bielą. Błękit z granatem. Brąz z beżem. Nie potrzebuję pięciu intensywnych barw, aby stworzyć interesujący zestaw. Nie przepadam też za nadmiarem wzorów. Wolę proste tkaniny, dobre fasony i jeden charakterystyczny detal. Kolor powinien być dla mnie kropką nad i. Smaczkiem. Niuansem, który nadaje całości indywidualny charakter.Nie musi dominować nad wszystkim innym.
Dlatego nie utożsamiam minimalizmu wyłącznie z noszeniem czerni, szarości czy bieli. Możesz stworzyć minimalistyczną stylizację w odcieniach błękitu i granatu. Możesz połączyć brąz, beż i biel. Możesz nawet wykorzystać intensywny kolor, o ile nadajesz mu odpowiednie miejsce w całej kompozycji.Minimalizm nie musi oznaczać braku koloru.
Minimalizm oznacza, że to Ty kontrolujesz kolory, a nie kolory kontrolują Twój wygląd.
Moja matematyka elegancji
Lubię myśleć o stylizacji jak o kompozycji. Poszczególne elementy powinny ze sobą współgrać. Nie tylko ze względu na fason czy poziom formalności, ale również na układ kolorów. Mam nawet swoje proste schematy, które pomagają mi opisywać takie zestawienia.
Na przykład: A B C A . Każda litera oznacza inny kolor.
Wyobraźmy sobie cztery poziomy stylizacji. Marynarka ma kolor oznaczony A. Koszula wprowadza drugi kolor B. Spodnie trzeci C. A buty wracają do koloru marynarki A.
W ten sposób tworzymy kompozycję, w której określony kolor pojawia się w różnych miejscach i spina całość. Oczywiście nie stoję codziennie przed szafą z kartką i nie rozwiązuję równań matematycznych. Wiele takich zestawień mam już sprawdzonych. Czasami dobieram buty pod kolor marynarki. Innym razem do koszuli.
Bywa też, że spodnie nawiązują do jednego z kolorów występujących na marynarce. I wcale nie musi chodzić o cały element ubrania. Niewielka wstawka kolorystyczna w bucie może nawiązywać do detalu marynarki. Dyskretny wzór na poszetce może połączyć kolor spodni z kolorem koszuli. To drobiazgi. Ale właśnie z takich drobiazgów buduje się spójny wizerunek. Nie potrzebujesz więcej kolorów.
Naucz się lepiej układać te, które już masz.


To nie materiał robi styl. Najpierw liczy się krój.
Wielu mężczyzn sądzi, że sekret elegancji tkwi w drogich ubraniach.
Doskonała wełna. Luksusowa bawełna. Kaszmir. Prestiżowa metka.
Oczywiście lubię dobre materiały. Doceniam ich komfort, trwałość i sposób, w jaki zachowują się podczas użytkowania. Ale nie mam złudzeń. Sam materiał nie zapewni Ci dobrego wyglądu. Z tego samego kawałka drewna można zrobić deskę do krojenia albo piękną ramę obrazu.
Podobnie jest z ubraniami. Możesz mieć koszulę uszytą ze wspaniałego materiału, która wygląda fatalnie, bo ma kiepski fason. Możesz też założyć tanią koszulę z przeciętnej tkaniny, która świetnie leży na sylwetce i sprawia, że wyglądasz znakomicie. Sam nieraz wyglądałem świetnie w ciuchu, którego jakość pozostawiała wiele do życzenia.
Dlaczego? Bo miał znakomity krój.
Świetny materiał nie uratuje kiepskiego fasonu. Ale doskonały fason może sprawić, że nawet przeciętne ubranie będzie wyglądało atrakcyjnie.
To nie jest zachęta do kupowania byle czego. To przypomnienie, że zanim zaczniemy zachwycać się składem tkaniny, powinniśmy spojrzeć w lustro. Czy marynarka dobrze układa się na ramionach? Czy koszula podkreśla sylwetkę? Czy spodnie mają właściwe proporcje? Czy całość wygląda harmonijnie? Dopiero później przychodzi czas na ocenianie materiałów, konstrukcji i ceny.
Właśnie dlatego dobrze ubrany mężczyzna niekoniecznie musi być najdrożej ubranym mężczyzną w pomieszczeniu.
Dodatki są jak przyprawy. Łatwo przesadzić.
Jest jeszcze coś, co potrafi całkowicie zmienić odbiór nawet najprostszej stylizacji.
Dodatki.
Dobry zegarek. Piękny pasek. Elegancka poszetka. Odpowiednio dobrane okulary.
Niekiedy jeden niewielki detal sprawia, że zwykły garnitur zaczyna wyglądać naprawdę wyjątkowo.
Wystarczy umieścić dobrze dobraną poszetkę w brustaszy i całość nabiera innego charakteru.
Ale ten mechanizm działa również w drugą stronę.
Źle dobrany zegarek, krzykliwy pasek czy przypadkowe okulary potrafią kompletnie zepsuć stylizację.
Dlatego mam kolejną prostą zasadę.
Skoro w ubraniach staram się ograniczać do maksymalnie trzech kolorów, podobny umiar zachowuję w dodatkach. Trzy są dla mnie rozsądnym punktem odniesienia.
Nie jest to oczywiście sztywne prawo. Obrączka, zegarek czy okulary korekcyjne nie zawsze podlegają prostemu liczeniu. Chodzi raczej o to, żeby każdy dodatkowy element miał sens.
Bo moment, w którym zupa staje się gulaszem, bywa bardzo subiektywny.
Metale powinny do siebie pasować
Zwracam również uwagę na kolor metalowych elementów.
Klamra paska. Koperta zegarka. Obrączka. Spinki do mankietów. Oprawki okularów.
Lubię, kiedy ich wykończenia są spójne.
Srebrne, złote, czarne, antracytowe czy miedziane. Nie ma większego znaczenia, który kolor wybierzesz. Ważne, żeby całość nie wyglądała przypadkowo. Nie oznacza to, że mieszanie metali jest zawsze błędem. Można robić to świadomie i ze smakiem. Ja jednak zazwyczaj wybieram większą konsekwencję. Jest prostsza i dobrze pasuje do mojego stylu.
Eleganckie z eleganckimi, casualowe z casualowymi
Mam też zwyczaj dzielenia dodatków na dwie rodziny.
Do pierwszej zaliczam klasyczny zegarek, spinki do mankietów, obrączkę czy poszetkę.
Do drugiej rzemienie, koraliki, bransoletki, zawieszki, dekoracyjne pierścienie i bardziej swobodne dodatki.
Nie lubię mieszać ich bez wyraźnego powodu.
Jeśli zakładam elegancki garnitur, koszulę na spinki, zegarek i poszetkę, nie czuję potrzeby dokładania kilku bransoletek czy łańcuszków. W takiej stylizacji wszystko powinno mówić jednym językiem. Natomiast w casualowym zestawie pozwalam sobie na zupełnie inne dodatki.
Czy takie rodziny można mieszać?
Oczywiście. Tylko że to jest mezalians. Ale nie trzeba robić tego za wszelką cenę.
Najlepszy dodatek to taki, który wzbogaca całość, a nie kradnie przedstawienie.
Minimalizm nie oznacza pustej szafy
W modowych poradnikach minimalizm często sprowadzany jest do liczby posiadanych ubrań. Dziesięć rzeczy. Piętnaście elementów garderoby. Jedna marynarka. Trzy koszule. Dwie pary spodni. Nie jest to moje podejście.
Możesz mieć nawet pięćdziesiąt białych koszul i nadal ubierać się minimalistycznie. Minimalizm nie zaczyna się w chwili, kiedy otwierasz szafę. Zaczyna się wtedy, kiedy wybierasz, co na siebie założyć. Można mieć ogromną kolekcję ubrań, ale każdego dnia tworzyć proste, harmonijne zestawy.
Można też posiadać zaledwie kilka rzeczy a wyglądać jak uczestnik karnawału. Dlatego minimalizm traktuję przede wszystkim jako sposób komponowania stylizacji. Nie jako obowiązek ograniczania własnej garderoby.
Co ciekawe, takie podejście daje również większą swobodę. Jeśli większość Twoich ubrań utrzymana jest w kilku dobrze współpracujących kolorach, łatwiej tworzyć z nich nowe zestawy. Granatowa marynarka może pasować do kilku różnych spodni. Biała koszula do większości marynarek. Dobre czarne buty do wielu eleganckich stylizacji. Im więcej takich powiązań, tym większa elastyczność. Nie musisz mieć mniej ubrań. Wystarczy, że Twoje ubrania będą do siebie lepiej pasowały.
Uważaj na ubrania, które wszyscy zapamiętają
Jestem ostrożny przy kupowaniu bardzo charakterystycznych elementów głównej garderoby. Kolorowych, mocno wzorzystych marynarek. Ekstrawaganckich spodni. Koszul z dużymi wzorami. Kurtek, które same w sobie są całym przedstawieniem. Nie dlatego, że takie ubrania nigdy nie mogą wyglądać dobrze. Mogą. Choć robią to rzadko. I często mają ograniczone zastosowanie.
Bardzo wyrazista marynarka narzuca charakter całej stylizacji. Niełatwo połączyć ją z innymi wzorami. Trudniej też założyć ją ponownie w taki sposób, żeby wyglądała zupełnie inaczej. Co więcej, takie rzeczy szybko zapadają w pamięć otoczenia. A jeśli zależy Ci na urozmaicaniu stylizacji, możesz po pewnym czasie odczuwać niechęć do częstego noszenia wyjątkowo rozpoznawalnego ubrania.
Z prostymi rzeczami nie ma tego problemu. Granatowa marynarka za każdym razem może wyglądać inaczej, zależnie od koszuli, spodni, butów i dodatków. Dlatego wolę inwestować w bardziej uniwersalne elementy głównej garderoby. A kolorowe eksperymenty zostawiam przede wszystkim dodatkom.
Poszetkom. Szalikom. Czapkom. Niewielkim akcentom, które łatwo zmienić.
Im bardziej oryginalne ubranie, tym trudniej wykorzystać je na wiele sposobów. Im bardziej uniwersalne, tym więcej daje możliwości.
Oczywiście każdy ma inny styl życia. Dla kogoś, kto uwielbia ekstrawagancję, charakterystyczna marynarka może być ulubionym elementem garderoby. Ja wybieram inaczej. Wolę, żeby ciekawe było całe zestawienie, a nie jeden element krzyczący do wszystkich dookoła.
Styl powinien służyć Tobie. Nie Ty stylowi.
Wracając do Toma Forda, warto pamiętać jeszcze o jednej rzeczy. Nie jestem zwolennikiem budowania osobistego uniformu za wszelką cenę. Znam ludzi, którzy przez cały rok chodzą niemal identycznie. Czarne ubrania, glany, a zimą dochodzi do tego płaszcz. Znam też takich, którzy niemal wszędzie pojawiają się w garniturze. Rozumiem przywiązanie do własnego wizerunku. Ale kiedy styl zaczyna wygrywać z pogodą, wygodą i zdrowym rozsądkiem, coś idzie nie tak.
Mamy przecież cztery pory roku. Latem nosimy inne materiały i fasony niż zimą. Inaczej ubieramy się do pracy, inaczej na kolację, a jeszcze inaczej na plażę, rower czy spacer po górach. Nie widzę sensu w udowadnianiu własnej konsekwencji stylistycznej kosztem komfortu.
Styl powinien dopasowywać się do naszego życia, a nie zmuszać nas do podporządkowywania mu codzienności.
Dlatego nie musimy kopiować dosłownie sposobu ubierania się Forda. Możemy podziwiać jego konsekwencję, ale korzystać z niej po swojemu. Możemy mieć inną paletę kolorów na lato, a inną na zimę. Możemy zmieniać fasony zależnie od okazji. Możemy zakładać garnitur, kiedy mamy na to ochotę, i wygodne ubrania sportowe, kiedy sytuacja tego wymaga. To, co powinno pozostać stałe, nie musi być konkretną koszulą czy marynarką.
Stały może być nasz sposób myślenia o wyglądzie. Umiejętność dobierania proporcji. Wyczucie kolorów. Szacunek do okazji. Dbałość o szczegóły. I świadomość tego, w czym naprawdę dobrze wyglądamy.
Gdzie szukać prawdziwych inspiracji?
Gdybym miał dać jedną radę młodemu mężczyźnie, który dopiero zaczyna interesować się elegancją, powiedziałbym mu coś prostego.
Szukaj inspiracji tam, gdzie widzisz prawdziwy, codzienny styl ludzi, których podziwiasz.
Nie ograniczaj się do pokazów mody. Nie traktuj każdego zestawu stworzonego do sesji zdjęciowej jak instrukcji codziennego ubierania. Popatrz, co znani projektanci, styliści czy aktorzy noszą wtedy, kiedy nie występują na wybiegu ani nie promują kolejnej kolekcji.
Jak wyglądają na co dzień? Po jakie fasony sięgają najchętniej? Jakie kolory wybierają? Które elementy powtarzają w swoich stylizacjach? Bo właśnie tam często można znaleźć najwięcej wartościowych inspiracji.
Nie w efektownym widowisku, które ma przyciągnąć uwagę. Ale w świadomych, powtarzalnych wyborach człowieka, który zna siebie i swój gust. Jednocześnie nie zachęcam do bezmyślnego kopiowania kogokolwiek. Nawet Toma Forda. Jego styl był odpowiedzią na jego sylwetkę, osobowość, potrzeby i sposób życia. Twój powinien być odpowiedzią na Twoje.
Bądź jak Tom Ford. Ale nie ubieraj się jak Tom Ford.
To właśnie najważniejsze przesłanie tego artykułu. Nie musisz nosić czarnych garniturów. Nie musisz rozpinać białej koszuli pod szyją. Nie musisz kupować luksusowych ubrań ani ograniczać się do dwóch kolorów. Nie musisz nawet szczególnie lubić estetyki samego Forda. Warto jednak zrozumieć jedną rzecz.
Człowiek, który zawodowo tworzył jedne z najbardziej wpływowych kolekcji modowych, wiedział, że jego osobisty styl nie wymaga ciągłego poszukiwania nowości. Znał swoje preferencje. Wiedział, w czym czuje się najlepiej. I nie potrzebował codziennie udowadniać światu, jak wielkim jest ekspertem od mody. Nie musiał wyglądać jak pokaz mody, żeby stać się ikoną stylu.
Właśnie tego chciałbym nauczyć współczesnych mężczyzn. Nie sztuki przebierania się. Nie pogoni za trendami. Nie wymyślania coraz bardziej ekstrawaganckich połączeń. Ale sztuki świadomego wybierania ubrań, które rzeczywiście nam służą.
Dobry krój. Spójne kolory. Przemyślane dodatki. Trochę indywidualności. I dużo zdrowego rozsądku.
Bo ostatecznie ubranie nie jest przebraniem, a prawdziwy styl nie potrzebuje papugizmu, żeby zrobić wrażenie.
Nie musisz wyglądać niezwykle.
Wystarczy, że będziesz wyglądał znakomicie.
