Możesz mieć świetnie skrojony garnitur, doskonałe buty i piękny zegarek, a mimo to wciąż czegoś będzie brakować. Czegoś, czego nie da się zobaczyć w lustrze, ale co potrafi zrobić większe wrażenie niż cała stylizacja. Zapachu. Dla mnie perfumy nie są kosmetykiem ani ostatnim dodatkiem przed wyjściem z domu. Są pełnoprawnym elementem garderoby. Tyle że odbieranym zupełnie innym zmysłem.

Mam obecnie około pięćdziesięciu flakonów perfum. Czy potrzebuję aż tylu? Oczywiście, że nie.

Gdybym dzisiaj miał zbudować swoją kolekcję od zera, prawdopodobnie ograniczyłbym ją do ośmiu, maksymalnie dwunastu dobrze dobranych kompozycji.

Ale zanim dojdziemy do tego, jak stworzyć taką kolekcję, chciałbym opowiedzieć, skąd właściwie wzięła się moja fascynacja zapachami. Bo wszystko zaczęło się wiele lat temu od pewnego granatowego kartonika.

Granatowy welur i kilka mililitrów zapachu

Moje pierwsze wspomnienia związane z zapachami sięgają jeszcze szkoły podstawowej. Pamiętam dezodorant Hiz, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. To były właściwie moje pierwsze „perfumy”, choć oczywiście wtedy nie myślałem o nutach zapachowych, piramidach czy perfumiarskim rzemiośle.

Prawdziwe odkrycie przyszło w czasach studenckich. W moje ręce trafiła przypadkowa próbka Dolce & Gabbana Pour Homme. Do dzisiaj pamiętam jej opakowanie. Granatowy, welurowy, rozkładany kartonik. A w środku maleńka fiolka. Ten zapach po prostu mnie oczarował. Zużyłem całą próbkę i postanowiłem kupić pełny flakon.

Tak zaczęła się moja przygoda z markowymi perfumami.

Dolce & Gabbana Pour Homme było dla mnie uosobieniem męskiej, ponadczasowej klasyki. Później kupiłem je jeszcze dwukrotnie. Niestety, z czasem zapach przeszedł zmiany, które w moim odczuciu pozbawiły go części pierwotnego charakteru i jakości. Dzisiaj już go nie posiadam.

Czasami, kiedy przypadkiem trafię na niego w perfumerii, nadal chętnie go powącham. Ale jest to coraz rzadsza okazja. Mam wrażenie, że jego najlepszy czas już minął. To zresztą jeden z paradoksów branży perfumeryjnej.

Nazwa pozostaje ta sama, flakon wygląda podobnie, ale zawartość potrafi zmieniać się wraz z kolejnymi reformulacjami. Czasami zapach znika z rynku całkowicie.

I podobnie jak w modzie odzieżowej, również tutaj mamy trendy, sezonowe fascynacje oraz kompozycje, które próbują oprzeć się upływowi czasu. Co ciekawe, do Dolce & Gabbana nadal mam pewien sentyment. W mojej wymarzonej kolekcji znalazł się na przykład The One for Men Parfum, którego nową odsłonę oceniam znacznie lepiej niż wcześniejszą.

To oczywiście zupełnie inna kompozycja niż stare Pour Homme, ale reprezentuje tę samą markę i pewien bliski mi sposób rozumienia męskiej elegancji. A sentyment robi swoje. Trochę jak z imieniem pierwszej dziewczyny. Jeżeli wspomnienia były dobre, na kolejne kobiety o tym imieniu patrzysz trochę przychylniej. Oczywiście pod warunkiem, że wspomnienia rzeczywiście były dobre!

Perfumy są ubraniem, którego nie widać

Przez lata wypracowałem sobie własny sposób myślenia o perfumach. Nie traktuję ich jako zwykłego kosmetyku. Dla mnie zapach jest elementem garderoby, podobnie jak koszula, marynarka, buty czy zegarek. Różnica polega wyłącznie na tym, że odbieramy go innym zmysłem.

Możesz ubrać świetnie dopasowany płaszcz, piękną koszulę i eleganckie buty. Ludzie zauważą Twój wygląd. Ale kiedy dodasz do tego odpowiedni zapach, możesz stworzyć zupełnie inne wrażenie. Czasami znacznie mocniejsze.

Zapach potrafi wyróżnić Cię w sposób, którego nie zapewni nawet świetna stylizacja. Może też stać się elementem, z którym ludzie zaczną Cię kojarzyć. Jest jednak coś jeszcze ważniejszego.

Perfumy noszę przede wszystkim dla siebie.

Ubrania mogę podziwiać w lustrze. Widzę ich kolor, krój, proporcje i sposób, w jaki układają się na sylwetce. Z zapachem jest inaczej. To on towarzyszy mi przez cały dzień. Mogę wracać do niego, odkrywać kolejne akordy, obserwować, jak zmienia się na skórze. To rodzaj prywatnej, zmysłowej przyjemności.

Oczywiście lubię, kiedy ktoś komplementuje moje perfumy. Lubię wiedzieć, że zapach robi dobre wrażenie. Ale nie po to przede wszystkim go wybieram. Najpierw ma podobać się mnie. Dopiero później innym.

Jakiego koloru są Twoje perfumy?

Właśnie tutaj zaczyna się coś, co uważam za szczególnie interesujące. Dla mnie zapachy mają kolory. Nie chodzi przy tym o kolor flakonu czy płynu. Nie mam również na myśli klasycznych określeń używanych w branży, takich jak zapach zielony, niebieski czy orientalny. Mówię o własnych skojarzeniach z dominującym charakterem kompozycji.

Zapach, w którym wyraźnie czuję mango, jest dla mnie żółty. Zapach mydlany jest biały. Irysowy jest szary. Śliwkowy ma charakter fioletowy. A ciepłe kompozycje przyprawowe, drzewne czy otulające potrafią kojarzyć mi się z brązem albo złotem. To mój osobisty język zapachów.

Nie twierdzę, że każdy powinien odbierać je dokładnie tak samo. Nie jest to również żadna naukowa klasyfikacja. Ale dla mnie ma ogromne znaczenie praktyczne. Dobieram bowiem perfumy również do kolorystyki ubrań, które mam na sobie.

Tak samo jak dobieram pasek do butów, zegarek do charakteru stylizacji i kolory poszczególnych elementów garderoby. Zapach jest kolejną częścią tej kompozycji. I wcale nie musi być najbardziej oczywistą.

Granatowa marynarka. Jaki zapach do niej pasuje?

Wyobraźmy sobie prostą stylizację. Biała koszula, granatowa marynarka, szare spodnie i brązowe skórzane buty. Klasyka. W moim odczuciu mamy tutaj do czynienia z chłodną, elegancką paletą kolorystyczną, przełamaną brązowym detalem.

Nie wybierałbym do niej w pierwszej kolejności bardzo owocowych, kolorowych zapachów, na przykład intensywnie mangowych. Wolę zachować podobny charakter całej kompozycji. Ale samo ubranie nie wystarczy, żeby wskazać jeden idealny flakon. Muszę jeszcze wiedzieć, dokąd idę, o jakiej porze dnia i w jakiej porze roku.

Wiosenny dzień w pracy

Jeżeli jest wiosna albo lato, a stylizacja ma charakter biznesowy, chętnie sięgnę po zapach świeży, elegancki, niebieski, błękitny, biały albo szary. Może to być Bleu de Chanel, Bvlgari Tygar czy Parfums de Marly Sedley. Świetnie sprawdzi się również Louis Vuitton Imagination, który w moim odczuciu jest zapachem białym. Każdy z nich daje nieco inne doświadczenie.

Sedley jest dla mnie zielono-błękitny. Tygar niebieski. Imagination biały. A mimo to wszystkie mogą dobrze zagrać z podobną garderobą.

Wieczór i randka

Teraz wyobraźmy sobie, że tę samą stylizację zakładam wieczorem. Idę na randkę albo na kolację do dobrej restauracji. Nagle otwierają się zupełnie inne możliwości. Mogę sięgnąć po Dior Homme, który odbieram jako szary, irysowy i niezwykle elegancki. Ale mogę również wybrać coś cieplejszego, bardziej zmysłowego i słodszego. To nadal będzie ta sama koszula i marynarka. Zmieni się tylko niewidzialny element stylizacji.
I właśnie ta możliwość mnie fascynuje.

Jesień ma kolor brązu. Wieczór może być złoty.

Zmieńmy garderobę. Beżowy płaszcz, brązowy golf, jasne spodnie i zamszowe buty. Jesień. W mojej głowie natychmiast pojawia się zupełnie inna paleta zapachowa. W dzień chętnie wybrałbym Giorgio Armani I Will albo bardziej wyrafinowany Tom Ford Noir Extreme. To kierunek, który kojarzy mi się z ciepłymi, brązowymi odcieniami.

A wieczorem? Viktor&Rolf Spicebomb Extreme albo Jean Paul Gaultier Le Male Elixir. Dla mnie są to zapachy złote. Ciepłe, intensywne, wyraziste.

I do takiej stylizacji znakomicie pasowałby jeszcze jeden element, o którym pisałem już przy okazji felietonu dotyczącego kolekcji zegarków. Christopher Ward C60 Pro 300 Bronze. Brązowa koperta, ciepłe kolory ubrań i odpowiedni zapach. Właśnie tak rozumiem świadome komponowanie męskiego wizerunku.

Nie chodzi o to, żeby wszystko było identyczne. Chodzi o to, żeby poszczególne elementy tworzyły wspólną historię.

Ile perfum potrzebuje mężczyzna?

Mam około pięćdziesięciu flakonów, ale nie będę nikogo przekonywał, że taka kolekcja jest potrzebna. Wręcz przeciwnie. Gdybym dzisiaj zaczynał od zera, prawdopodobnie wystarczyłoby mi osiem do dwunastu zapachów. Mam na to prosty sposób.

Cztery pory roku. Dwie pory dnia. To daje osiem podstawowych zastosowań. Do tego kilka dodatkowych kompozycji na szczególne okazje. W rezultacie otrzymujemy kompletną zapachową garderobę, która może towarzyszyć mężczyźnie przez cały rok. Nie chodzi jednak o obowiązkową listę produktów.

Chodzi o stworzenie systemu, w którym każdy zapach ma swoje miejsce, ale żaden nie jest więźniem jednej okazji.

Poniżej przedstawiam moją aktualną, hipotetyczną dwunastkę. To zapachy, które wybrałbym, gdybym dzisiaj budował kolekcję od nowa. Dwanaście zapachów MONARCHY

Sezon lub okazjaZapach
Wiosna, dzieńTerre d’Hermès Hermès
Wiosna, wieczórDolce & Gabbana The One for Men Parfum
Lato, dzieńLouis Vuitton Imagination
Lato, wieczórCreed Aventus Absolu
Jesień, dzieńPrada Paradigme
Jesień, wieczórArmani Stronger With You Absolutely
Zima, dzieńVersace Eros Flame
Zima, wieczórJean Paul Gaultier Le Male Le Parfum
UniwersalnyBleu de Chanel Parfum
RandkowyTom Ford Noir Extreme
FormalnyPrada L’Homme Intense
Na wyjątkowe okazjeBoss Bottled Elixir

Czy to dwanaście najlepszych zapachów ? Oczywiście, że nie. To dwanaście moich aktualnych wyborów, propozycji które odpowiadają określonej filozofii. Mogę równie dobrze za kilka dni zmienić połowę tej listy. Albo całą. I nie będę miał z tym najmniejszego problemu. Równolegle w każdym miejscu mógłbym wpisać kilka innych propozycji będących świetną alternatywą. W wielu sytuacjach nawet lepszą. Bo styl nie polega na przywiązaniu się raz na zawsze do jednej odpowiedzi. Styl żyje razem z nami.

Dżem truskawkowy czy krem toffi?

Ktoś mógłby zauważyć, że część zapachów w mojej kolekcji ma podobny charakter. Kilka kompozycji słodkich, kilka wieczorowych, kilka uniwersalnych. Po co?

Przecież mogą pełnić te same funkcje. No dobrze. Dżem truskawkowy i krem toffi też są słodkimi mazidłami w słoiku, które można dodać do naleśników. Ale czy smakują tak samo? No właśnie.

Nie kupuję perfum wyłącznie po to, żeby wypełniały określone zadanie. Kupuję je również dla różnorodności doznań. Dwa zapachy mogą równie dobrze sprawdzić się na zimowej randce, ale oferować zupełnie inne wrażenia. I właśnie to jest w całej zabawie najprzyjemniejsze.

Nie chcę tworzyć zapachowej apteczki, w której na każde zdarzenie przewidziana jest jedna obowiązkowa receptura. Chcę mieć możliwość wyboru. Dokładnie tak samo jak z ubraniami.

Grafitowy zapach na każdy dzień

Mam kilka perfum, które przez lata pełniły rolę moich zapachów sygnaturowych. W pewnym okresie bardzo często nosiłem Yves Saint Laurent Y. Później szczególnie polubiłem La Di Da for Him. Dla mnie ten zapach jest grafitowy. A grafit ma jedną wielką zaletę. Cholernie dobrze pasuje do wszystkiego. Podobnie odbieram La Di Da. To zapach uniwersalny, trwały i niezwykle komplementogenny w moich doświadczeniach. Co więcej, przypomina mi połączenie dwóch kompozycji, które bardzo lubię: YSL Y i Armani Stronger With You. Jakby ktoś połączył charakter dwóch moich wcześniejszych faworytów. Dlatego przez pewien czas stał się dla mnie naturalnym wyborem w dni, kiedy nie miałem ochoty zastanawiać się nad perfumami.

Czy jest niezastąpiony? Nie.

Dzisiaj, budując kolekcję od zera, wybrałbym do roli uniwersalnego zapachu Bleu de Channel. Wydaje mi się jeszcze bardziej wszechstronny i znacznie bardziej luksusowy. Ale to nie oznacza, że La Di Da nagle stał się złym zapachem. Po prostu lubię zmiany. I mam do tego pełne prawo. Ty również.

Nie potrzebuję jednego flakonu, który będzie definiował mnie przez następne trzydzieści lat. Wolę kolekcję, która zmienia się razem z moim gustem.

Nos też trzeba wychować

Przez lata spędziłem wiele godzin w perfumeriach, poznając zapachy. Uczyłem się rozpoznawać nuty, porównywać kompozycje, odkrywać nowe połączenia. Dzisiaj zazwyczaj potrafię dość dobrze przewidzieć charakter perfum na podstawie piramidy zapachowej. Wiem, co lubię, czego nie lubię i jakie rodziny zapachowe najczęściej trafiają w mój gust. Ale nie zawsze tak było.

Zdarzały się spektakularne pomyłki.

Pamiętam choćby pewien zapach Jimmy Choo, który kupiłem pod wpływem impulsu i którego właściwie od początku nie znosiłem. Zdarzały się jednak również niezwykle pozytywne zaskoczenia. Czasami kupowałem perfumy na podstawie ich nut, a początkowo byłem do nich sceptycznie nastawiony. Dopiero z czasem zaczynałem je doceniać. I właśnie dlatego uważam, że gust zapachowy trzeba rozwijać.

Nos jest trochę jak podniebienie. Kiedy jesteśmy dziećmi, potrafimy uwielbiać bardzo proste, słodkie smaki. Najchętniej jedlibyśmy Nutellę. Ale z czasem odkrywamy coś więcej. Sushi, wytrawne wino, bardziej złożone kompozycje smakowe. Rzeczy, które początkowo wydawały się dziwne, nagle zaczynają sprawiać ogromną przyjemność.

Podobnie miałem z perfumami. Wiele zapachów, które dzisiaj bardzo lubię, nie zachwycało mnie podczas pierwszego spotkania. Musiałem nauczyć się je rozumieć. Oczywiście nie oznacza to, że każdy trudny zapach jest dobry, a wszystko, co przyjemne od pierwszej chwili, jest banalne. Chodzi o otwartość.

Jeżeli będziesz przez całe życie wybierał wyłącznie to, co już znasz, możesz nigdy nie odkryć rzeczy, które spodobałyby Ci się jeszcze bardziej.

Jak nauczyć się wybierać perfumy?

Jeżeli dopiero zaczynasz świadomie interesować się zapachami, nie musisz kupować od razu kilkunastu flakonów. Zacznij od perfumerii. Ale nie traktuj jej przede wszystkim jako miejsca robienia zakupów. Potraktuj ją jak miejsce poznawania zapachów.

Na początek warto określić, czego właściwie szukasz. Zamiast mówić sprzedawcy, że chcesz „jakieś fajne perfumy”, spróbuj określić ich przeznaczenie. Na przykład: „Szukam czegoś lekkiego, świeżego, na lato, do codziennej pracy”. Albo: „Chcę słodszy, bardziej zmysłowy zapach na zimowe wieczory i randki”.

To daje znacznie lepszy punkt wyjścia. Możesz skorzystać z rekomendacji obsługi, porównać kilka kompozycji i stopniowo zorientować się, jaki rodzaj zapachów najbardziej Ci odpowiada. Nie oceniaj jednak perfum wyłącznie na podstawie pierwszego wrażenia.

Blotter służy do selekcji. Skóra do podejmowania decyzji.

Sam używam blotterów (tych papierowych pasków do testowania zapachu) przede wszystkim do wstępnego poznawania zapachu. Dzięki temu mogę szybko sprawdzić jego ogólny charakter i zdecydować, czy w ogóle chcę poznawać go bliżej. Ale właściwy test robię na skórze.

Podczas jednej wizyty w perfumerii mogę przetestować cztery zapachy. Jeden na lewym nadgarstku, drugi na prawym. Pozostałe dwa w zgięciach łokci. To miejsca wystarczająco od siebie oddalone, żeby móc porównywać kompozycje, a jednocześnie wygodne do aplikacji i późniejszego sprawdzania.

Jest jeszcze jeden drobiazg, który bardzo polecam. Rób zdjęcia flakonów i zapisuj, który zapach trafił w konkretne miejsce. Bo po kilkudziesięciu minutach łatwo zapomnieć, co właściwie mamy na rękach.

A potem daj perfumom czas. Wyjdź z perfumerii. Sprawdź, jak pachną po pół godzinie, dwóch godzinach i później. Nie podejmuj decyzji zakupowej wyłącznie na podstawie pierwszych kilku minut.

Jeżeli coś naprawdę Ci się spodobało, możesz zamówić niewielką odlewkę i używać zapachu przez kilka kolejnych dni. To szczególnie dobre rozwiązanie przy perfumach droższych albo trudniej dostępnych w zwykłych perfumeriach.

Zresztą nie ma sensu próbować poznawać wszystkiego od razu. Kilka świadomych wizyt, trochę własnych notatek i porównań potrafi dać znacznie więcej niż zakup kolejnego przypadkowego flakonu.

Nie musisz pachnieć tak, żeby czuła Cię cała ulica

Bardzo lubię wyraziste zapachy. Ale nie jestem zwolennikiem przesadnej aplikacji. Uważam, że trzeba brać pod uwagę okoliczności i ludzi, którzy będą przebywać w naszym otoczeniu. Jeżeli wybieram się do pracy, gdzie przez wiele godzin siedzę z innymi osobami w zamkniętych pomieszczeniach, wolę zapach subtelniejszy, bardziej bliskoskórny.

Nie chcę nikogo męczyć własnymi perfumami. Wieczorem można pozwolić sobie na więcej. Ale również wtedy warto zachować umiar, szczególnie że kompozycje wieczorowe często same są intensywne. Nie wierzę w uniwersalną liczbę psiknięć. Zbyt wiele zależy od samych perfum, temperatury, warunków i sytuacji.

Świeże, lekkie kompozycje letnie bywają bardziej ulotne. Cięższe zapachy potrafią utrzymywać się znacznie dłużej. Dlatego wolę mniejszą aplikację i ewentualne jej odświeżenie w ciągu dnia niż przesadzanie rano w nadziei, że zapach przetrwa do wieczora. Mała odlewka potrafi być tutaj bardzo przydatna.

Trzeba jedynie pamiętać, że nasz nos przyzwyczaja się do zapachu. Nie zawsze to, że przestaliśmy go czuć, oznacza, że przestał być wyczuwalny dla innych. A moja ulubiona zasada?

Wolę pachnieć delikatnie i robić dobre wrażenie z bliska, niż mocno i kiepskie z daleka.

Czy drogie perfumy są lepsze od tanich?

Nie ma na to jednej odpowiedzi. Znam drogie kompozycje, które moim zdaniem zdecydowanie są warte swojej ceny. Dla mnie takim przykładem jest Bleu de Chanel. To zapach na tyle wyjątkowy, że wolę posiadać oryginał.

Znam jednak również perfumy, których ceny wydają mi się w dużej mierze uzasadniane marketingiem. Popularny Dior Sauvage ma wiele kompozycji o podobnym charakterze i nie zawsze widzę sens, żeby płacić więcej właśnie za niego. To oczywiście kwestia indywidualnej oceny, a nie wyrok dotyczący jakości tych perfum.

W świecie zapachów zdarza się, że tańsza alternatywa ma bardzo dobrą trwałość, a kosztowna kompozycja znika ze skóry szybciej, niż byśmy oczekiwali. Dlatego nie kupuję perfum wyłącznie na podstawie marki i ceny.

Nos nie widzi metki.

Nie wie, ile kosztował flakon ani kto występował w reklamie. Nos po prostu czuje zapach. I albo sprawia mu przyjemność, albo nie. Co więcej, zdecydowanie wolę tańsze perfumy, których używam z radością na co dzień, niż luksusowy flakon, którego później będzie mi szkoda ruszyć.

To dokładnie ten sam problem, który spotykam w męskich garderobach. Dobra koszula czeka na wyjątkową okazję. Eleganckie buty leżą w pudełku. Piękna marynarka przez cały rok wisi w szafie. A drogie perfumy?

Stoją na półce, bo przecież nie będziemy ich marnować na zwykły poniedziałek. Tylko po co je kupowaliśmy? Żeby podziwiać flakon? Ja kupuję perfumy, żeby pachnieć.

Zapachowa garderoba nie musi być skończona

Jeżeli miałbym zostawić Cię z jedną myślą, to byłaby ona bardzo prosta. Nie musisz mieć pięćdziesięciu flakonów. Nie musisz też kupować dokładnie dwunastu zapachów z mojej listy. Może wystarczą Ci cztery. Może osiem. A może z czasem dojdziesz do wniosku, że chcesz poznawać coraz więcej kompozycji.

I świetnie. Ważne tylko, żeby Twoje wybory były świadome. Żebyś wiedział, dlaczego coś kupujesz, kiedy będziesz tego używał i jaką przyjemność ma Ci to sprawiać. Nie bój się przy tym zmieniać zdania.

Przecież gust się rozwija. Kiedyś wystarczał mi dezodorant Hiz. Później zachwyciła mnie niewielka próbka Dolce & Gabbana Pour Homme w granatowym, welurowym kartoniku. Dzisiaj mam kilkadziesiąt flakonów i potrafię dobierać ich charakter nawet do kolorów własnej garderoby.

Ale nadal mam tę samą przyjemność, kiedy odkrywam coś naprawdę pięknego. I być może właśnie w tym tkwi największa wartość całej tej pasji. Nie w cenie flakonu. Nie w liczbie komplementów. Nie w prestiżu marki.

Tylko w możliwościach, jakie otwiera przed nami własny, ciągle rozwijający się gust.
Bo dobrze ubrany mężczyzna nie musi kończyć swojej stylizacji na tym, co widać.