Nie uważam, żeby polscy mężczyźni byli mniej atrakcyjni od Włochów, Francuzów czy innych Europejczyków. Nie sądzę też, żebyśmy byli narodem pozbawionym gustu. Mam jednak wrażenie, że gdzieś po drodze przestaliśmy od siebie wymagać. Przyzwyczailiśmy się do przeciętności, zaakceptowaliśmy bylejakość i uznaliśmy, że dbanie o własny wygląd jest czymś opcjonalnym. A może nawet trochę podejrzanym.
I właśnie z tym chciałbym się rozprawić.Nie po to, żeby zrobić z każdego Polaka modela z kampanii Toma Forda. Nie po to, żeby wszyscy zaczęli chodzić w garniturach i drogich butach.
Chciałbym po prostu, żebyśmy na nowo odkryli przyjemność z bycia dobrze ubranym, zadbanym i atrakcyjnym mężczyzną. Żebyśmy przestali przepraszać za elegancję. I żeby określenie „Polak z klasą” nie brzmiało jak komplement zarezerwowany dla wyjątków.
Włoch ma styl, Francuz ma szyk, a Polak?
Od lat obserwuję pewien fenomen. Kiedy rozmawiamy o męskiej elegancji, niemal automatycznie pojawiają się Włosi. Doskonałe marynarki, świetnie skrojone spodnie, nonszalancko rozpięte koszule, piękne buty. Do tego francuski szyk, brytyjska klasyka i cała bogata kultura europejskiego krawiectwa.
A Polak?
Cóż, w popularnych wyobrażeniach często dostaje rolę tego, który ma się jeszcze sporo nauczyć.
Nie kupuję tego bez zastrzeżeń.
Nie uważam, żebyśmy jako naród szczególnie odstawali pod względem fizycznej atrakcyjności od europejskiej średniej. Nie widzę też powodów, żebyśmy mieli uważać się za naturalnie mniej eleganckich.
Problem leży gdzie indziej.
Włosi czy Francuzi mają za sobą silne tradycje modowe, rozpoznawalne domy mody, rozwiniętą kulturę krawiectwa i medialny wizerunek budowany przez dziesięciolecia. Oglądamy zagraniczne filmy, reklamy i seriale, w których mężczyzna potrafi wyglądać znakomicie nawet wtedy, kiedy przeżywa największe życiowe dramaty. A potem włączamy polską produkcję i nieraz oglądamy facetów wyglądających tak, jakby kostiumograf uznał, że realizm musi oznaczać estetyczną katastrofę.
Oczywiście trochę prowokuję. Ale mam wrażenie, że obraz polskiego mężczyzny w rodzimej kulturze popularnej bywa znacznie mniej atrakcyjny niż rzeczywistość, którą obserwuję wokół siebie. I nie chciałbym, żebyśmy sami zaczęli wierzyć we własną karykaturę.
Mieliśmy własną kulturę elegancji. Nie musimy wszystkiego pożyczać od Włochów
Polska nie jest krajem, który dopiero niedawno odkrył, że mężczyzna może dobrze wyglądać. Mamy wielowiekowe tradycje ubioru, od rycerskiego i szlacheckiego po elegancję miejską przełomu XIX i XX wieku.
Oczywiście nie chodzi o to, żeby dziś paradować po ulicach w kontuszu. Chodzi o pamięć, że dbałość o strój i reprezentacyjną prezencję nie są obcymi nam wartościami. W dwudziestoleciu międzywojennym polska elegancja rozwijała się razem z europejską. W Warszawie działały cenione domy mody i pracownie krawieckie. Eleganccy mężczyźni czerpali inspiracje z brytyjskiego krawiectwa, a modne warszawianki śledziły paryskie trendy.
Warszawę nie bez przyczyny określano wówczas mianem „Paryża Północy”. Potem przyszła wojna, zniszczenia i zupełnie inna rzeczywistość.
Nie twierdzę, że przez cały PRL nikt nie potrafił się dobrze ubrać. Istniały przecież pracownie krawieckie, wybitni projektanci i ludzie, którzy potrafili zachować elegancję mimo ograniczonego dostępu do materiałów czy zagranicznych ubrań.
Ale trudno zaprzeczyć, że dekady niedoborów i gospodarki centralnie planowanej zmieniły codzienne możliwości konsumentów.
A kiedy przyszły lata dziewięćdziesiąte, zachłysnęliśmy się dostępnością wszystkiego. Zachodnimi markami, bazarami, masową konfekcją, nowymi trendami i niezliczonymi możliwościami zakupów. Tyle że dostęp do ubrań nie oznacza jeszcze umiejętności ich noszenia. I właśnie tutaj widzę jeden z problemów.
Trzy pokolenia. Trzy sposoby rozumienia elegancji
Zdarza mi się patrzeć na starszych mężczyzn, którzy w niedzielę wybierają się do kościoła. Niejeden siedemdziesięciolatek zakłada koszulę, marynarkę, eleganckie spodnie i porządne buty. Niekoniecznie są to ubrania najmodniejsze. Czasami bywają już mocno wysłużone. Ale widać staranie.
Ten człowiek wychował się w przekonaniu, że są miejsca i okazje, dla których warto ubrać się odpowiednio. A potem widzę trzydziestolatka w nowoczesnym biurowcu, dla którego szczytem zawodowej elegancji są czyste sneakersy i bluza bez wielkiego logo.
Nie twierdzę, że jeden jest lepszym człowiekiem od drugiego. Pokazuję jedynie, jak bardzo zmieniły się nasze standardy.
Młodsi mężczyźni również mają swoje modowe uniformy. Szerokie jeansy, sportowe buty, bluzy z kapturem, puchowe kurtki. Wystarczy zmienić kilka marek i fasonów, żeby zobaczyć aktualną wersję tego samego schematu.
Oczywiście w każdym pokoleniu spotykam świetnie ubranych facetów. Problem polega na tym, że przeciętność potrafi wyglądać bardzo podobnie niezależnie od wieku.
Brakuje mi koloru. Dobrego smaku. Wyrafinowania. Indywidualności.
Nie tej karykaturalnej, polegającej na zakładaniu czegokolwiek, byle zwrócić na siebie uwagę. Mam na myśli świadomy styl, który pozwala mężczyźnie wyglądać oryginalnie, atrakcyjnie i naturalnie.
Zbyt często widzę natomiast ludzi, których garderoba wygląda jak przypadkowy wynik kilkunastu nieprzemyślanych wypraw do sklepów.
Kto właściwie nauczył nas dobrze się ubierać?
Łatwo powiedzieć facetowi: „Ubieraj się lepiej”. Tylko skąd on ma wiedzieć, co to znaczy?
Jeżeli ojciec nie pokazał mu podstaw elegancji, w domu nie było takich tradycji, koledzy ubierają się podobnie, a w sklepach nikt nie oferuje kompetentnej pomocy, to gdzie ma zdobyć wiedzę? Ze sklepowych manekinów? Przyznam, że widuję manekiny ubrane w sposób, którego za nic nie chciałbym naśladować.
Z doradztwa w salonach odzieżowych? Moje doświadczenia z niektórymi popularnymi sklepami męskimi, między innymi z wizyt w sklepach B***m, P**o, G***** ****i czy V*****i, bywają rozczarowujące. Wielokrotnie miałem poczucie, że najważniejsze jest sprzedanie produktu, a nie rzeczywiste doradzenie klientowi.
Nie chodzi o to, czy za ladą stoi kobieta, mężczyzna, osoba młoda czy starsza. Chodzi o kompetencje. Dobry doradca powinien wiedzieć, jak ma leżeć marynarka, gdzie powinien kończyć się rękaw, jakie proporcje pasują do sylwetki i czy konkretna rzecz rzeczywiście ma sens w garderobie klienta. Powinien też potrafić powiedzieć: „Nie, tego bym panu nie polecał”.A to wcale nie jest takie oczywiste.
Zresztą sam wiem najlepiej, czym kończy się brak takiej wiedzy.
Mój ślubny garnitur, czyli elegancka katastrofa
Nie wychowałem się w domu, w którym ojciec uczył mnie zasad dobrego ubioru. Mój tata nie przywiązywał szczególnej wagi do elegancji. Nie miałem też w otoczeniu męskiego wzorca stylu, którego mógłbym świadomie naśladować. Moje zainteresowanie modą pojawiło się dopiero w okresie studenckim.
Zacząłem pracować, miałem własne pieniądze, otwierały się nowe sklepy i coraz bardziej podobała mi się sama atmosfera świata męskich ubrań. Zastanawiam się czasami, czy jednym z ważniejszych momentów nie był zakup mojego garnituru ślubnego.
Był okropny.
Czarny, z kamizelką, wysoko zapinany, krojem przypominający bardziej mundur niż elegancki garnitur. Do tego zdecydowanie za duży. Za długie rękawy, za długie nogawki, fatalne proporcje. A co najciekawsze, wtedy zupełnie tego nie widziałem.
Garnitur został mi doradzony w sklepie. Ludzie z mojego otoczenia zapewniali mnie, że wyglądam świetnie. Dlaczego miałbym im nie wierzyć?
Nie miałem przecież wiedzy, żeby samodzielnie ocenić ten strój. Dopiero po latach, oglądając zdjęcia i filmy ze ślubu, dostrzegłem wszystkie błędy. Byłem już wtedy znacznie bardziej świadomy tego, jak powinien wyglądać dobry garnitur. Rozumiałem proporcje, długości, dopasowanie i konstrukcję.
I nagle zobaczyłem na starych zdjęciach coś zupełnie innego. Dzisiaj ubrałbym się na własny ślub całkowicie inaczej. A jeśli jeszcze kiedyś będę miał okazję, to zamierzam nadrobić wszystkie zaległości. Tym razem pokażę, na co mnie stać! Ale żarty na bok.
To doświadczenie nauczyło mnie czegoś bardzo ważnego.
Czasami nie wiemy nawet, że jesteśmy źle ubrani, ponieważ nikt nie nauczył nas patrzeć na ubrania właściwym okiem.
Dlatego nie chcę wyśmiewać facetów, którym brakuje wiedzy. Chciałbym pomóc im ją zdobyć.
„Nie szata zdobi człowieka”. Naprawdę?
Nie wiem, ile razy słyszałem to powiedzenie. Zawsze pojawia się jako argument ostateczny. Nie warto przesadnie przejmować się wyglądem, bo przecież najważniejsze jest wnętrze. Oczywiście, że charakter jest ważny. Ale dlaczego mielibyśmy przeciwstawiać go wyglądowi?
Dlaczego dobrze ubrany mężczyzna nie miałby jednocześnie być inteligentny, pracowity, uczciwy, kulturalny i wartościowy?
Nie lubię tych wygodnych kontrastów, w których elegancki facet obowiązkowo okazuje się aroganckim snobem, a źle ubrany mężczyzna skromnym bohaterem o złotym sercu. Życie jest znacznie bardziej skomplikowane.
Można mieć świetny garnitur i kiepski dzień. Można być skromnie ubranym i zachowywać się fatalnie.
Nie musimy wybierać.
Co więcej, ludzie nie oceniają nas wyłącznie na podstawie tego, co o sobie mówimy.
Widzą nas wcześniej, niż zdążymy cokolwiek powiedzieć.
Zwracają uwagę na sylwetkę, ubranie, twarz, fryzurę, sposób poruszania się i całą prezencję. Psychologia od dawna opisuje zjawiska, w których pojedyncze cechy wyglądu wpływają na pierwsze wrażenie i ocenę innych właściwości człowieka. Takie oceny nie zawsze są sprawiedliwe ani trafne. Ale sam fakt, że bywają powierzchowne, nie sprawia, że przestają istnieć. Dlatego wolę świadomie zarządzać własnym wizerunkiem, niż udawać, że nie ma on żadnego znaczenia.
Ubieramy się również dla innych
Kiedyś usłyszałem powiedzenie, które szczególnie zapadło mi w pamięć:
Jeść i pić możemy dla własnej przyjemności, ale ubieramy się również po to, żeby innym było przyjemnie.
Jest w nim coś, z czym bardzo się utożsamiam. Uważam, że nasz wygląd może być formą szacunku. Do ludzi, z którymi się spotykamy. Do miejsc, które odwiedzamy. Do wydarzeń, w których uczestniczymy.
Jeżeli właściciel eleganckiej restauracji zadbał o piękne wnętrze, atmosferę, muzykę, zastawę i odpowiednią obsługę, to dlaczego ja miałbym nie zadbać o swój wygląd? Przecież jako gość również współtworzę charakter tego miejsca. Nie chodzi o zakładanie garnituru do każdej restauracji. Chodzi o umiejętność dostosowania stroju do sytuacji.
Szczególnie drażni mnie pewien obrazek, który zdarza mi się obserwować. Pięknie przygotowana kobieta, świetna fryzura, starannie dobrana sukienka, makijaż, dodatki. A obok niej facet, który wygląda, jakby wyszedł tylko wyrzucić śmieci. I nie chodzi nawet o brak pieniędzy. Chodzi o brak starania.
Kiedy ktoś bliski wkłada wysiłek w przygotowanie się na wspólne wyjście, chciałbym, żebyśmy potrafili odpowiedzieć podobnym zaangażowaniem. Nie dlatego, że musimy. Dlatego, że możemy.
Mężczyzna zbudowany. Człowiek, który wie, dokąd zmierza
Im więcej myślę o męskiej elegancji, tym bardziej przekonuję się, że nie chodzi wyłącznie o ubrania. Ważniejszy jest mężczyzna, który je nosi. Lubię myśleć o dojrzałej męskości jako o czymś, co trzeba świadomie w sobie zbudować. Nie wystarczy osiągnąć określonego wieku. Nie wystarczy mieć zarost, zarabiać pieniądze ani posiadać rodzinę.
Dla mnie mężczyzna zbudowany to taki, który wie, skąd idzie, dokąd idzie i po co idzie.
Jest zdecydowany.
Konsekwentny.
Sprawczy.
Pracowity.
Ma zaufanie do siebie.
Nie brakuje mu odwagi ani niezależności.
I wierzę, że te cechy mogą znaleźć odbicie również w jego wyglądzie.
Konsekwencję widać w tym, że dba o siebie niezależnie od dnia tygodnia i okazji.
Sprawczość w tym, że potrafił zdobyć wiedzę, wybrać ubrania, dopasować je i zadbać o ich stan.
Niezależność w tym, że ma własny styl zamiast bezrefleksyjnie kopiować kolegów i sezonowe trendy.
Odwagę w tym, że potrafi wyglądać inaczej niż otoczenie i nie potrzebuje jego zgody.
Oczywiście sam garnitur nie dowodzi pracowitości, a eleganckie buty nie są świadectwem dobrego charakteru. Ubranie nie zastąpi osobowości. Ale może być jej świadomym przedłużeniem. I właśnie o taką spójność mi chodzi.
Chciałbym, żeby moi najbliżsi byli ze mnie dumni
Nie jestem zwolennikiem przekonania, że mężczyzna powinien poświęcić całego siebie dla innych ludzi. Uważam, że najpierw powinien zadbać o siebie. O swoje zdrowie, rozwój, ambicje, wygląd, satysfakcję z życia i własne potrzeby. Nie widzę w tym niczego niewłaściwego. Wręcz przeciwnie.
Dbanie o siebie traktuję również jako formę odpowiedzialności. Jeśli dobrze czuję się sam ze sobą, mam więcej energii i możliwości, żeby wnieść coś dobrego w życie najbliższych. A poza tym chciałbym dawać im powody do dumy.
Chciałbym, żeby moja partnerka mogła powiedzieć z podniesioną głową: „Ten przystojniak to mój facet”.
Żeby dzieci z dumą mówiły: „To mój tata”.
Żeby bliscy cieszyli się z tego, jak wyglądam i kim jestem.
I wcale nie uważam, że to powierzchowne. Bo atrakcyjność nie sprowadza się do ładnej twarzy i dobrze dobranej marynarki. Tworzą ją również energia, sposób mówienia, poczucie humoru, gesty, pewność siebie i to, co człowiek sobą reprezentuje. Chciałbym, żebyśmy mieli ambicję rozwijać wszystkie te elementy.
Dlaczego z wiekiem chcemy lepszego życia, ale odpuszczamy własny wygląd?
Jest coś, czego naprawdę nie rozumiem. Im jesteśmy starsi, tym często bardziej wymagający stajemy się wobec świata. Chcemy mieszkać w piękniejszym domu, jeździć lepszym samochodem, poznawać ciekawsze miejsca, pić lepsze wino i jeść coraz smaczniejsze rzeczy. Zdobywamy doświadczenie i uczymy się doceniać jakość.
Dlaczego więc mielibyśmy obniżać wymagania wobec własnego wyglądu?
Dlaczego czterdziestoletni mężczyzna, który nie chce już byle jakiego samochodu, miałby godzić się na byle jaki wizerunek? A przecież z wiekiem nasze ciała naturalnie się zmieniają. Nie musimy próbować wyglądać jak dwudziestolatkowie. Ale możemy starać się być świetnie wyglądającymi czterdziesto-, pięćdziesięcio- czy sześćdziesięciolatkami. Możemy dbać o sylwetkę, fryzurę, skórę, ubrania, zapach i całą prezencję.
Zupełnie nie przekonuje mnie też podejście, że po wejściu w stały związek nie trzeba już starać się być atrakcyjnym. Uważam dokładnie odwrotnie. Skoro mamy kogoś bliskiego, to mamy dodatkowy powód, żeby o siebie dbać. Możemy wzajemnie się inspirować, doceniać i wspierać.
Nie twierdzę, że zaniedbany wygląd jest prostym wyjaśnieniem problemów w związku. Wiem, że ludzkie relacje są znacznie bardziej skomplikowane. Ale trudno mi uwierzyć, że konsekwentne rezygnowanie z atrakcyjności i wzajemnych starań jest dobrym sposobem podtrzymywania zainteresowania sobą przez kolejne lata.
Jeżeli od życia chcemy coraz więcej, dlaczego mielibyśmy coraz mniej wymagać od samych siebie?
Co powiedziałbyś sam sobie sprzed trzydziestu lat?
W pewnym momencie życia wielu mężczyzn zaczyna funkcjonować niemal wyłącznie w świecie obowiązków. Praca, dom, dzieci, rachunki, kredyty, kolejne zadania. Wszystko trzeba zrobić. Wszystkiego dopilnować. Każdy czegoś potrzebuje. Tylko gdzieś po drodze znika bardzo ważne pytanie.
Czego ja właściwie chcę?
Nie czego oczekuje ode mnie rodzina.
Nie czego wymaga szef.
Nie co powinienem zrobić, bo tak wypada.
Czego naprawdę chcę dla siebie?
Mam wrażenie, że niejeden mężczyzna miałby problem, żeby od razu odpowiedzieć.
Przez tyle lat realizował cudze oczekiwania i codzienne obowiązki, że własne potrzeby odłożył na bliżej nieokreślone później. A przecież kiedyś był chłopakiem, który miał marzenia. Wyobrażał sobie swoją przyszłość. To, kim będzie, co osiągnie, jak będzie wyglądał i jak będzie smakował życie. I tutaj chciałbym postawić pytanie, które być może nie każdemu się spodoba.
Co powiedziałbyś sam sobie sprzed trzydziestu lat, gdybyś zobaczył, kim jesteś dzisiaj?
Czy byłbyś z siebie dumny?
Czy widziałbyś człowieka, który nadal jest ciekawy świata, ma ambicje i energię?
Czy może faceta, który gdzieś po drodze zwyczajnie zrezygnował z siebie?
Nie pytam po to, żeby kogokolwiek zawstydzać.
Pytam, bo może warto odzyskać kontakt z człowiekiem, którym kiedyś chcieliśmy zostać.
I wcale nie trzeba zaczynać od wielkiej życiowej rewolucji.
Czasami wystarczy spojrzeć w lustro
Wielokrotnie doświadczyłem, jak wiele może zmienić odpowiedni ubiór.
Pamiętam spojrzenie partnerki, której oczy rozświetlały się, kiedy przymierzałem elegancki płaszcz.
Pamiętam rodzinne przyjęcie, na którym byłem szczególnie elegancko ubrany, a moja chrzestna z dumą mówiła, jak świetnie wyglądam.
Pamiętam siostrę, która z widoczną satysfakcją przedstawiała mnie swoim koleżankom.
Zdarzało mi się również obserwować bardzo pozytywne reakcje kobiet podczas spotkań zawodowych.
I nie piszę tego po to, żeby się chwalić. Piszę, bo przekonałem się na własnym przykładzie, że sposób ubierania potrafi diametralnie zmienić reakcje otoczenia. A dobre reakcje otoczenia mogą dawać nam jeszcze więcej satysfakcji z własnego wyglądu. Mam też pewne przekonanie, którego nie zamierzam ukrywać.
Standardy codziennego męskiego ubioru w Polsce są moim zdaniem na tyle niskie, że wystarczy naprawdę niewiele, żeby pozytywnie wyróżnić się z tłumu.
Nie potrzebujesz luksusowej garderoby. Nie potrzebujesz idealnej sylwetki. Nie potrzebujesz nawet wyjątkowo przystojnej twarzy. Wystarczy, że zaczniesz świadomie dbać o to, na co masz wpływ. I tu widzę ogromny potencjał. Bo zbudowanie świetnej sylwetki wymaga czasu, regularnej pracy i cierpliwości.
Natomiast odpowiednio dobrane ubrania, dobra fryzura i kilka zmian w sposobie prezentowania się potrafią przynieść zauważalny efekt znacznie szybciej.
Nie zamierzam zastępować trenerów personalnych ani specjalistów od zdrowia. Chcę zajmować się tym, na czym znam się najlepiej i co od lat mnie fascynuje. Męskim stylem.
Chcę pokazywać facetom, że mogą patrzeć w lustro i dostrzegać nie kogoś, kto z wiekiem coraz bardziej odpuszcza, ale człowieka, który nadal potrafi się rozwijać i dobrze wyglądać. Bo być może taki widok będzie pierwszym impulsem do kolejnych zmian.
Rewolucja? Wykreśl z niej R
Jeżeli dotarłeś do tego miejsca, być może oczekujesz teraz pięciu zasad, które powinieneś wdrożyć w swoje życie. Albo dziesięciu kroków do stania się mężczyzną z klasą. Nie dostaniesz ode mnie takiej listy.
Kim właściwie jestem, żeby mówić Ci, jak masz żyć?
Każdy ma inną historię, potrzeby, możliwości i cele.
Poza tym nie jestem entuzjastą rewolucji.
Lubię powtarzać, że rewolucja jest dobra wtedy, kiedy usuniemy z niej literę R. Zostaje ewolucja.
Bliskie jest mi podejście kaizen, filozofia małych, stopniowych usprawnień. Dlatego nie będę Cię namawiał, żebyś jutro zmienił swoje życie o sto procent. Zacznij od pięciu. A nawet od jednej rzeczy.
Gdyby przyszedł do mnie przyjaciel i powiedział: „Chcę coś zmienić, ale nie wiem, od czego zacząć”, najpierw zadałbym mu pytanie: Jaka jedna zmiana sprawi, że wszystkie inne przestaną mieć znaczenie?
Niech sam znajdzie odpowiedź. Niech wybierze coś, co jest naprawdę ważne dla niego. I niech właśnie od tego zacznie. Bo wielka zmiana nie musi zaczynać się od wielkiego wysiłku. Czasami wystarczy niewielki krok, żeby znów poczuć, że mamy wpływ na własne życie.
A gdybym miał dać Ci tylko jedną radę?
Gdyby jednak ktoś koniecznie chciał ode mnie jednej uniwersalnej wskazówki dotyczącej męskiego wyglądu, niezależnie od wieku, zawodu, pozycji czy dotychczasowego stylu, powiedziałbym mu coś bardzo prostego.
Kup sobie nową, piękną, elegancką, białą koszulę.
Nie pierwszą lepszą. Nie taką, którą założyłbyś wyłącznie pod garnitur na rodzinne wesele. Znajdź koszulę, która naprawdę świetnie na Tobie leży. Taką, w której patrzysz w lustro i myślisz: „Kurwa, wyglądam zajebiście!”.
A potem zacznij ją nosić. Nie czekaj na ślub, chrzciny, bankiet ani wyjątkowe zaproszenie. Załóż ją na kolację, spotkanie ze znajomymi, randkę, do pracy albo po prostu wtedy, kiedy masz ochotę dobrze wyglądać.
I zobacz, jak się z tym czujesz. Może spodoba Ci się na tyle, że następnym razem kupisz dobre spodnie.
Potem świetne buty. Później marynarkę, której dotąd nie miałeś odwagi założyć. A może po prostu zaczniesz zwracać większą uwagę na siebie. Nie wiem.
Nie zamierzam pisać scenariusza Twojego życia. Chciałbym jedynie przypomnieć Ci, że masz prawo, a może nawet powinieneś mieć ambicję, żeby wyglądać dobrze i czuć się ze sobą znakomicie.
Nie musisz udowadniać swojej wartości innym. Nie musisz kopiować Włochów, Francuzów ani kogokolwiek innego. Nie musisz też czekać, aż życie samo da Ci powód, żeby się elegancko ubrać.
Sam możesz być tym powodem.
I właśnie takiego Polaka z klasą chciałbym częściej spotykać.
