„Co się tak odjebałeś?”, „Z wesela wracasz?”, „Dzień dobry, Panie Prezesie!”. Brzmi znajomo? Wystarczy założyć koszulę i marynarkę, żeby w niektórych środowiskach wzbudzić większą sensację niż facet w wyciągniętym T-shircie i dresach. Jak doszliśmy do sytuacji, w której mężczyzna ubrany odpowiednio do okazji musi tłumaczyć się ze swojego wyglądu?
„Panie Ambasadorze!”, czyli codzienność eleganckiego faceta
Jeżeli lubisz ubierać się elegancko, zapewne znasz te reakcje. Ja znam je doskonale. Czasem jest to wymowne spojrzenie. Charakterystyczny uśmiech. Mina, która mówi więcej niż jakikolwiek komentarz.
Innym razem znajomy pyta:
„Co ty taki elegancki?”
„Na imprezę idziesz?”
„Z wesela wracasz?”
Albo klasyczne: „Co się tak odjebałeś?”
Są też bardziej wyrafinowane formy powitania. „Dzień dobry, Panie Prezesie!”
A ostatnio usłyszałem nawet: „Panie Ambasadorze!”
I wiecie, co jest w tym najciekawsze? Takie teksty słyszę przede wszystkim od mężczyzn.
Oczywiście nie każdy żart jest złośliwy. Czasami to sympatyczna forma uznania, szczególnie gdy pada z ust kogoś, kto sam potrafi zadbać o swój wygląd i docenia elegancję. Inaczej odbieram jednak komentarze podszyte ironią, w których wyczuwam potrzebę sprowadzenia kogoś na ziemię.
Moje doświadczenia z kobietami są zazwyczaj inne. Częściej słyszę bezpośredni komplement, widzę uśmiech albo zwyczajny wyraz uznania. Nie zamierzam jednak twierdzić, że kobiety zawsze się wspierają, a mężczyźni wzajemnie krytykują. Podobne mechanizmy spotykamy w obu grupach.Wiele zależy od kultury osobistej, pewności siebie i sposobu odnoszenia się do innych.
Ale pozostaje pytanie.
Dlaczego zwykłe zadbanie o własny wygląd stało się czymś, co otoczenie uważa za warte komentarza?
Kiedy dobrze ubrany facet staje się atrakcją wieczoru
Najbardziej paradoksalne jest to, że podobne reakcje spotykają mnie nawet podczas uroczystości. Wesela, bale sylwestrowe, urodziny, bankiety, imprezy klubowe. Wydawałoby się, że są to okazje, przy których elegancja powinna być czymś zupełnie naturalnym. Tymczasem często widzę zupełnie inny obraz.
Panie potrafią przygotować efektowne kreacje, zadbać o fryzurę, makijaż i dodatki. A panowie?
Marynarka, którą akurat mają. Do tego dżinsy. Jakieś skórzane buty, byle nie te sportowe noszone na co dzień.
I wystarczy.
Oczywiście nie wszyscy tak wyglądają. Jednak na tyle często spotykam podobny zestaw, że przestał mnie dziwić. Co gorsza, sam niejednokrotnie zastanawiałem się przed wyjściem, czy nie będę wyglądał zbyt elegancko.
Zbyt elegancko! Na balu, weselu albo bankiecie.
Przecież to brzmi absurdalnie.
Wyobraź sobie bal u brytyjskiego lorda
Wszyscy goście są odpowiednio ubrani. Eleganckie garnitury, smokingi, piękne suknie, starannie dobrane dodatki. I nagle pojawia się facet w wyciągniętej koszuli, dżinsach i sportowych butach.
Wyróżnia się natychmiast. Nie dlatego, że wygląda wyjątkowo dobrze.
Po prostu kompletnie nie pasuje do okoliczności.
A teraz odwróć proporcje.
Wyobraź sobie uroczysty bankiet, na którym większość mężczyzn nosi przypadkowe marynarki, dżinsy i byle jakie buty. Przychodzi ktoś w świetnie dobranym garniturze.
I nagle to on wygląda inaczej.
Nie dlatego, że ubrał się nieodpowiednio. Dlatego, że jako jeden z nielicznych potraktował okazję poważnie.
I tutaj dochodzimy do czegoś, co moim zdaniem jest wyjątkowo nieprzyjemne. Będąc innym, przestajesz czasem być partnerem do rozmowy, a stajesz się tematem rozmowy.
Zamiast rozmawiać z Tobą, ludzie zaczynają komentować Ciebie. Twój garnitur. Buty. Marynarkę.
To, dlaczego tak wyglądasz.
Jakbyś musiał się z własnego wyglądu tłumaczyć.
Elegancja? To dla handlowców i świadków Jehowy!
Podczas jednej z rozmów usłyszałem argument, który szczególnie zapadł mi w pamięć. „A po co się ładnie ubierać? To jest dla przedstawicieli handlowych”. Początkowo można się uśmiechnąć.
Ale zastanówmy się, co właściwie kryje się za takim stwierdzeniem. Elegancki ubiór przestaje być oznaką dobrego gustu, szacunku do siebie albo zwyczajnej przyjemności. Staje się zawodowym kostiumem.
Czymś, co zakłada się po to, żeby komuś coś sprzedać. A najlepiej wcisnąć.
Podobne skojarzenia spotykam wśród części mężczyzn w średnim wieku. Garnitur bywa dla nich strojem handlowca, akwizytora albo człowieka pukającego od drzwi do drzwi.
Zauważyłem też, że młodsi ludzie nie zawsze mają już takie skojarzenia. Ale pojawia się inny problem. Dla wielu z nich elegancja stała się czymś odległym od codziennego życia. Czymś, czego właściwie nie znają.
Prawdziwy facet nie przejmuje się ciuchami?
Istnieje jeszcze jeden stereotyp. Mężczyzna, który za bardzo dba o wygląd, bywa postrzegany jako mało męski. Niektórzy nadal próbują łączyć zamiłowanie do mody z odmienną orientacją seksualną. Tak, jakby umiejętność dobrania marynarki, butów i kolorów mówiła cokolwiek o tym, kto nam się podoba.
To absurd.
A jednak takie skojarzenia potrafią wpływać na zachowania. Mam wrażenie, że część mężczyzn boi się przesadnie wyróżniać, ponieważ nie chce narażać się na komentarze innych facetów.
Dlatego wybierają bezpieczny schemat. T-shirt. Dżinsy. Sportowe buty. Zimą puchówka. Albo skóra.
I koniecznie jak najwięcej czerni.
Nie mam nic przeciwko czarnym ubraniom. Sam bardzo lubię ten kolor. Ale widzę różnicę między świadomym wyborem czerni a wyborem wynikającym ze strachu przed eksperymentowaniem.
Czarny nie zawsze oznacza męskość. Czasami oznacza po prostu bezpieczeństwo.
Bo w czerni łatwo nie zwracać na siebie uwagi. Nie trzeba zastanawiać się nad kolorami. Nie trzeba ryzykować komentarzy. Nie trzeba wychodzić poza to, co noszą wszyscy dookoła. I trudno nie dostrzec tutaj pewnego paradoksu. Mężczyzna chce uchodzić za pewnego siebie i niezależnego, ale pozwala, żeby opinie innych facetów decydowały o tym, co zakłada. Czy naprawdę o to chodzi w męskości?
„Ja się nie znam. To nie dla mnie”.
Jest jeszcze jedna grupa mężczyzn. Nie krytykują elegancji. Czasem nawet ją podziwiają. Ale sami mówią:
„To nie dla mnie”.
„Ja się na tym nie znam”.
„Nie umiem się tak ubierać”.
„Nie stać mnie”.
I tutaj pojawia się problem, z którym można coś zrobić. Bo styl nie jest talentem, z którym trzeba się urodzić. To umiejętność. Podobnie jak gotowanie, fotografia czy prowadzenie samochodu. Można poznać zasady, obserwować dobre wzorce, próbować i stopniowo stawać się coraz lepszym. Nie trzeba również wydawać fortuny.
Co ciekawe, wielu mężczyzn, którzy twierdzą, że eleganckie ubrania są drogie, nosi markowe sneakersy, kurtki i koszulki kosztujące niemałe pieniądze. A mimo to ich stylizacje pozostawiają wiele do życzenia. Bo problemem nie zawsze jest budżet. Często jest nim sposób kupowania i komponowania garderoby. Można wydać bardzo dużo i wyglądać przeciętnie. Można też wydawać rozsądnie i wyglądać świetnie. Pisałem już o tym w artykule „Pełna szafa i nie masz się w co ubrać? Jak zbudować garderobę z głową”.
Zamiast kupować kolejne przypadkowe ubrania, warto nauczyć się tworzyć z nich przemyślane zestawy.
Elegancją nasiąknąłem w pierwszej pracy
Nie urodziłem się z umiejętnością dobierania eleganckich ubrań. Moją prawdziwą szkołą stylu była pierwsza praca. Pracowałem w branży IT, ale otoczenie, w którym się znalazłem, nie przypominało dzisiejszego stereotypowego obrazka informatyka w T-shircie. Moi szefowie, menedżerowie, współpracownicy i klienci dbali o kulturę wyglądu. Koszule, krawaty, marynarki, garnitury i eleganckie buty były czymś naturalnym. Tak wyglądała nasza codzienność. Nie musiałem tłumaczyć, dlaczego założyłem marynarkę. Nie musiałem zastanawiać się, czy nie wyglądam zbyt elegancko. Bo wszyscy wokół mnie reprezentowali podobny standard.
Przez kilka lat obserwowałem ludzi, podpatrywałem rozwiązania, uczyłem się. Stopniowo zacząłem eksperymentować. Szukać własnych inspiracji. Poznawać fasony, kolory, materiały i zasady komponowania garderoby. Aż w końcu wypracowałem własny gust.
Elegancją po prostu nasiąknąłem. Trochę jak przez osmozę.
I właśnie dlatego uważam, że jednym z największych problemów współczesnego męskiego stylu jest brak dobrych wzorców. Jak chłopak ma nauczyć się nosić marynarkę, jeśli nie widzi jej u ojca, nauczyciela, przełożonego ani kolegów?
Skąd ma wiedzieć, jak dobrać eleganckie buty, jeżeli wszyscy dookoła chodzą w sportowych? Trudno naśladować coś, czego nie ma się okazji obserwować.
Elegancja nie przestała być dostępna. Przestała być przekazywana.
Czy COVID ostatecznie zamknął elegancję w szafie?
Mam wrażenie, że jednym z przełomowych momentów była pandemia. Oczywiście proces rozluźniania zasad ubioru trwał już wcześniej. Ale lata pracy zdalnej i ograniczonego życia towarzyskiego mogły bardzo mocno przyspieszyć tę zmianę. Ludzie siedzieli w domach. Spotkania biznesowe przeniosły się do Internetu. Często wystarczyło założyć elegancką górę, podczas gdy pod biurkiem nadal można było siedzieć w spodniach od piżamy.
Pamiętam zabawne memy z początku pandemii. Ludzie żartowali, że mogą się elegancko ubrać, bo wychodzą z psem albo wynieść śmieci. Brakowało im okazji do założenia czegoś lepszego. A potem?
Mam wrażenie, że coraz bardziej przyzwyczajaliśmy się do ubrań domowych. Wygodnych. Luźnych. Takich, które nie wymagają szczególnego zastanawiania się nad wyglądem.
Moda na szerokie fasony i oversize oczywiście nie narodziła się podczas pandemii. Ale świetnie wpisała się w coraz swobodniejszy sposób życia. Dzisiaj nikogo szczególnie nie dziwią młodzi ludzie chodzący poza domem w spodniach przypominających piżamę. A przecież jeszcze nie tak dawno dyskutowaliśmy w Polsce o szkolnych mundurkach i standardach ubioru. Nie twierdzę, że wszyscy powinni nosić mundurki albo garnitury.
Widzę jednak zmianę naszego sposobu myślenia. Coraz częściej elegancja kojarzona jest z ograniczeniem swobody. Z obowiązkiem. Z czymś, od czego udało nam się uwolnić. A ja zastanawiam się nad czymś zupełnie innym.
Czy uwalniając się od obowiązku elegancji, nie stworzyliśmy przypadkiem presji, żeby elegancko się nie ubierać?
Dres jest wygodniejszy. I co z tego?
Nie będę udawał, że eleganckie ubrania są zawsze równie wygodne jak odzież sportowa. Nie są. Luźne spodnie, bluzy i sportowe buty zazwyczaj zapewniają większą swobodę ruchów. Tylko że ta różnica naprawdę ma znaczenie przede wszystkim w określonych sytuacjach. Kiedy biegamy. Ćwiczymy. Skaczemy. Robimy przysiady. Albo szpagat.
Tyle że idąc na kolację, spotkanie ze znajomymi czy do pracy, zazwyczaj nie planujemy wykonywania szpagatu. Dlatego argument większego komfortu sportowych ubrań nie jest dla mnie aż tak przekonujący. Zwłaszcza że dobrze dobrane spodnie, wygodna koszula czy miękka marynarka potrafią być naprawdę przyjemne w codziennym użytkowaniu.
Ale jest jeszcze coś ważniejszego. Coś, czego zwykły dres zazwyczaj mi nie daje.
Wewnętrzne poczucie zajebistości.
Tak, właśnie tak. Ten moment, kiedy zakładam świetnie dopasowane ubrania, patrzę w lustro i po prostu podoba mi się to, co widzę. Czuję się dobrze. Mam lepszy nastrój. Więcej energii. Większe poczucie pewności siebie.
I nie potrzebuję do tego żadnej wielkiej uroczystości.
To przyjemność sama w sobie. Nie muszę zakładać marynarki, bo ktoś ode mnie tego wymaga. Mogę założyć ją po prostu dlatego, że lubię, jak w niej wyglądam.
Nie tylko Ty widzisz różnicę
Ubiór może wpływać również na to, jak odbiera nas otoczenie. Psychologia zna zjawisko efektu halo, kiedy określone pozytywne wrażenie wpływa na ocenę innych cech człowieka. Wygląd może mieć w tym udział.
Zadbana stylizacja potrafi sugerować profesjonalizm, staranność czy kompetencje, choć oczywiście nie jest dowodem posiadania tych cech. W świecie biznesu i sprzedaży wykorzystuje się znaczenie pierwszego wrażenia od dawna.
Ale tutaj wracamy do człowieka, który uważał, że elegancki wygląd jest wyłącznie dla przedstawicieli handlowych. Dlaczego?
Skoro odpowiedni ubiór może pomagać w budowaniu dobrego wrażenia zawodowego, dlaczego mielibyśmy z niego rezygnować w życiu prywatnym? Czy naprawdę trzeba coś komuś sprzedawać, żeby chcieć wyglądać atrakcyjnie? Czy potrzebujemy ważnego stanowiska, żeby zadbać o siebie?
Nie. Można po prostu mieć własne standardy. I dobrze się z nimi czuć.
A gdzie w tym wszystkim są kobiety?
Mam jeszcze jedną obserwację.
Wiele kobiet poświęca ogromną uwagę własnemu wyglądowi, ale nie zawsze oczekuje podobnego zaangażowania od swoich partnerów. Oczywiście każdy związek jest inny, a nie każdy mężczyzna chce ubierać się elegancko. Ale trudno nie zauważyć, że oczekiwania bliskich osób mają znaczenie.
Jeśli partnerka docenia starania mężczyzny, zwraca uwagę na jego wygląd, potrafi powiedzieć, że świetnie wygląda w danej koszuli czy marynarce, może być to bardzo przyjemna motywacja. Z drugiej strony nie chciałbym sprowadzać męskiej elegancji do spełniania oczekiwań kobiet.
W końcu dorosły mężczyzna powinien umieć również samodzielnie określać własne standardy. Dbanie o siebie może być formą szacunku wobec partnerki. Ale przede wszystkim powinno być formą szacunku wobec samego siebie.
Najlepsza rewolucja? Usuń z niej R.
No dobrze. Łatwo narzekać. Łatwo powiedzieć, że współcześni mężczyźni ubierają się byle jak, że zniknęły dobre wzorce i że elegancja przestała być codziennością. Tylko co z tym zrobić?
Przecież nie będę namawiał faceta, który przez dwadzieścia lat nosił T-shirty, dżinsy i sportowe buty, żeby jutro wyszedł z domu w trzyczęściowym garniturze. Wyglądałby jak przebrany. Czułby się nieswojo.
A po kilku godzinach prawdopodobnie wróciłby do swoich starych ubrań. Dlatego mam inną zasadę.
Najlepsza rewolucja jest wtedy, kiedy usuniemy z niej R.
Zostaje ewolucja. Zacznijmy od rzeczy naprawdę małych.
Masz czarny T-shirt? Kup czarne polo.
Co się zmieniło? Właściwie niewiele. Pojawił się kołnierzyk.
Nosisz dżinsy? Spróbuj chinosów. Fason może być bardzo podobny. Inna będzie faktura materiału i charakter spodni.
Na co dzień chodzisz w butach do biegania? Zamień je na proste, klasyczne sneakersy. Nawet tego samego producenta. Adidas czy Puma mają przecież również modele, które znacznie lepiej sprawdzają się w codziennych stylizacjach niż typowe obuwie treningowe.
A może na co dzień nosisz koszulę? Ale nie koniecznie prawidłowo.
Wsadź ją w spodnie, dodaj pasek pod kolor butów i zobacz różnicę.
Niewielkie zmiany. Bez wyrzucania całej garderoby. Bez wydawania fortuny. Bez konieczności udawania kogoś, kim nie jesteś. A później?
Po prostu daj sobie czas. Sprawdź, jak się czujesz. Jak widzisz siebie w lustrze. Czy nowy zestaw dodaje Ci odrobiny pewności siebie. Może partnerka zauważy zmianę. Może powie Ci coś miłego.
Może kolega z pracy skomplementuje koszulkę. A może sąsiadka uśmiechnie się trochę szerzej niż zwykle.
Nie obiecuję, że tak będzie. Ale przecież warto sprawdzić. A może dzięki tym drobnym zmianom nawet zwykły wieczór okaże się odrobinę przyjemniejszy?
I może następnego dnia sam będziesz miał ochotę spróbować czegoś więcej.

Elegancja nie potrzebuje specjalnej okazji
Nie tęsknię za światem, w którym mężczyzna musi chodzić codziennie w garniturze. Nie chcę też nikomu narzucać sposobu ubierania się. Chciałbym jednak, żebyśmy przestali traktować elegancję jak ekstrawagancję.
Żeby mężczyzna w dobrze dobranej marynarce nie musiał tłumaczyć, dlaczego tak wygląda.
Żeby zadbany wygląd nie był automatycznie kojarzony z próżnością, zawodem czy orientacją seksualną.
Żeby można było ubierać się elegancko po prostu dlatego, że sprawia nam to przyjemność.
I żebyśmy przywrócili sobie odrobinę swobody wyboru, również tej polegającej na prawie do wyglądania lepiej niż większość otoczenia. Bo wolność ubioru nie polega wyłącznie na tym, że możesz przyjść w dresie.
Polega również na tym, że możesz przyjść w garniturze i nikt nie będzie robił z tego wydarzenia.
Nie musisz czekać na wesele, bankiet ani rozmowę kwalifikacyjną. Nie potrzebujesz stanowiska prezesa ani ambasadora. Wystarczy, że sam uznasz, iż chcesz wyglądać trochę lepiej.
A kiedy ktoś zapyta: „Co się tak odjebałeś?”
Możesz po prostu się uśmiechnąć. Bo być może prawdziwe pytanie nie powinno brzmieć, dlaczego Ty wyglądasz tak dobrze. Tylko dlaczego dobre wyglądanie stało się czymś tak niezwykłym.
